sobota, 8 grudnia 2018

Kamila Straszyńska - Miłość w czasach post-kultury






Czy to zbieg okoliczności, że najpowszechniejsza dzisiaj forma ekspresji i przedrostek większości współczesnych nurtów artystycznych noszą to samo imię? Te same cztery litery. Post.  (Koincydencja z dietetycznymi zaleceniami Jezusa Chrystusa zupełnie przypadkowa – nie bierzemy pod uwagę).  Post-. Czy spojrzenie na ten zbieg okoliczności może powiedzieć nam coś o ludziach XXI wieku? Jak najbardziej. Ale trzeba się streszczać – ograniczona ilość znaków jest w cenie. Facebook nawet gratyfikuje zwięzłych w przekazie powiększając im literki w postach. Im mniej słów tym lepiej, mniej czasu stracisz na odnotowanie cudzych myśli w wielokrotnie powtarzanej czynności scrollowania. Bo czasu jest mało, a Internetu jest cały ocean. I oto Ja – mistrz, płynę przez ten ocean by dotrzeć do filmów o kotach w stroju rekina jeżdżących na automatycznym odkurzaczu po kuchni w stanie Nevada, który nawet nie wiem gdzie się znajduje, ale kot jest gruby i udaje chleb, więc bawię się wybornie. Płynna ponowoczesność na każdym kroku oferuje setki tysięcy zajęć dla umysłu, samotnego wędrowca w rzeczywistości pozbawionej znaczeń i ciężaru gatunkowego. Nie tylko w Internecie. Jest jednak jasne, że pewne zachowania przechodzą ze sfery wirtualnej do rzeczywistości ulic i barów.

Small talk, speed dating, pojawiam się i znikam, bo moja obecność w twojej orbicie jest względna jak czas i grawitacja. Jak przewrotny sens dzisiejsza rzeczywistość nadaje słowom Davida Bowie we can be heroes Just for one Day. Największym walorem znajomości staje się jej przelotność, komu by się chciało schodzić do głębin. I nie ma w tym nic dziwnego, żyjemy w kulturze przesytu. Barok pełną parą. Dwie równoległe rzeczywistości  dostarczają nam takiej ilości bodźców, że trudno zebrać myśli, a co dopiero podjąć sensowne działania. Codzienność zanurzona w chaosie oznacza też zagubienie w uczuciach, niepewność wobec drugiego, kryzys tożsamości i różne inne kataklizmy. Tak zwany ghosting, czyli nagłe zerwanie kontaktu wydaje się być powszechną praktyką, bo łatwiej jest zamienić się w ducha niż wytłumaczyć drugiej osobie dlaczego już mi się znudziła. (Ciekawe co na to Hamlet). Tak wygląda miłość w czasach post-kultury.

Ta miłość jednocześnie definiuje tę kulturę. Skoro najgłębsze uczucia poruszają się po gładkich powierzchniach ekranów, to jak można spodziewać się autentyczności i prawdy? Już same te słowa napuchły od pretensjonalności jaką nadali im niewydarzeni artyści, którzy nie umieliby przyznać, że są jedynie rzemieślnikami służącymi kapryśnej publiczności. Nie mogliby tego przyznać, bo wtedy ich status egzystencjalny i ontologiczny zostałby zasadniczo podważony. Jak artysta teatru może przyznać się, że teatr nie jest ważny? Że jego sztuka nie jest czymś co zmienia ludzkie życia? Otóż wielki sekret jest taki, że artysta teatru, który uważa, że to co robi jest ważne dla kogokolwiek poza nim samym, w 99% przypadków zasadniczo się myli. Cóż mnie obchodzi co pan X uważa o byciu homoseksualistą w wielkim mieście? Nic. Co mnie obchodzi co pani Y czuje na temat wycinki lasów w Brazylii? Nic. Nic mnie nie obchodzi i scrolluję dalej. Dlaczego? 

Dlatego, że ich nie kocham. Nie mam dla nich miłości. Co najwyżej trochę moich post-uczuć. Stać mnie co najwyżej na opublikowanie głęboko przemyślanej opinii na temat: nice, kinda cool, wow,zajebiste, dobre, żena, che figo, vachement, poruta. Jedno słowo wystarcza, wygrywa z elaboratem tłumaczącym dlaczego cool. Zresztą nawet tego nie wiem. Nie obchodzi mnie co ma do powiedzenia w dowolnej formie ekspresji artysta Z, bo go nie kocham. Przechodzę przez całe muzeum, ale zatrzymam się tylko przed Caravaggiem. Kocham gościa. Gdy się kogoś kocha, to interesujące są nawet cztery albumy zdjęć z dzieciństwa ze szczegółowym opisem wszystkich dramatis personae na nich pojawiających się raz po raz lub znienacka. Ale żeby kogoś pokochać potrzebuję czegoś więcej. Potrzebuję czegoś prawdziwego i autentycznego. Zaznaczam, że dla autentyzmu uczuć nie potrzebuję izolować się w lesie przez 4 miesiące i przytulać do drzew. Ale czy to nie dziwne, że drzewo potrafi dać Ci więcej niż drugi człowiek, który pretenduje do bycia tranzystorem uczuć metafizycznych?

Jak to jest, że od zawsze czuję się poza swoim czasem i przestrzenią, bo głębokie uczucia żywię wobec osób obu płci, które od dawna nie żyją? Jak to jest, że wszyscy nieustannie wracamy do kilku gości, zdecydowanie martwych i już dawno przetworzonych na inną materię, ale ich słowa i działania ruszają nas bardziej niż emocjonalno-konceptualne akrobacje współczesnych artystów i myślicieli, którzy ścigają się w straconej sprawie bycia najbardziej oryginalnym spośród wiecznych epigonów? Szczęśliwie miłość jest ślepa, istnieje wiele orientacji, a o gustach się nie dyskutuje – to podtrzymuje przy życiu przemysł artystyczny. Ale ten przemysł niczego nie produkuje. Przypomina wielką dadaistyczną machinę, która produkuje absurdalne nic. I dlatego artysta Z, który twierdzi, że jest ważny, zdecydowanie się myli. Teatr, literatura, malarstwo nie są w ogóle ważne w skali światowej ekonomii. Ludzkość się bez nich spokojnie obędzie. Będzie dalej płynąć w swoich indywidualnych nurtach, tuż obok nurtu artysty Z i te linie nigdy się nie spotkają jak w porządnej matematycznej hiperboli. Ewentualnie w ramach błędu humanisty, który nie umie liczyć, powstanie przelotne zetknięcie dwóch linii, skonkludowane krótkim: ale poruta.


Rzecz w tym, że jeśli nie umiemy kochać, to nie umiemy obcować ze sztuką. Nie kocha się z jakiegoś powodu, ale ze względu na dziwne iskrzenie na styku dwóch pól energetycznych wytwarzanych przez dwie jednostki. Rodzaj sprzężenia, w którym ryzykuję, że kopnie mnie prąd i padnę trupem. No risk no fun. Jeżeli w momencie niebezpieczeństwa się wycofuję, to znaczy, że dbam bardziej o siebie niż o zabawę. I to nam powtarzają. Dbaj zawsze o siebie, jesteś najważniejszą osobą w swoim życiu, tylko Ty powinieneś się liczyć dla samego siebie. Setki tysięcy osób szukają wewnętrznej siły u coachów, których głęboka mądrość sprowadza się do wypięcia się na wszystkich wokół i patrzenia tylko na siebie. Więc jak w takich okolicznościach kochać i być kochanym, skoro nieustannie próbują nam wmówić, że powinno wystarczyć samospełnienie? Kochaj siebie, a będziesz kochany. I tak wszyscy ratują się prawdziwą zarazą depresji. Robią teatr, żeby kochać siebie i być kochanym, idą do teatru, żeby kochać siebie i być kochanym. Piszą książki, kręcą filmy, malują, rzeźbią. W tym wszystkim najuczciwsze wydaje się przyznawanie otwarcie, że robisz to dla pieniędzy. Bo kasa jest paradoksalnie najbardziej autentyczna. Wszystko inne wydaje się gigantyczną autoterapią na brak miłości.

Nie umiem powiedzieć, dlaczego pokochałam w swoim życiu wielu ludzi, których nie widziałam na oczy. Może dlatego, że niczego nie udają, że robią swoje, że opowiadają mi historie, które są dla nich naprawdę ważne, że są pełni pasji, która lśni w ich oczach i odbija się w dziele? Podążam za nimi przyciągana przez ich energię, bo potrzebne mi do funkcjonowania to iskrzenie na styku energii. Obcowanie ze sztuką to sztuka miłości. Żadna sztuka nie jest obiektywnie ważna, tak jak miłość nie jest. Bardziej przydaje się tlen, zdrowie, ubranie, coś do jedzenia. Można żyć bez miłości, ale co to za życie. Więc i sztuka nie jest ważna, jest ………….  (wstaw słowo).





PS Więcej na temat charakteru człowieka postmodernistycznego: David Foster Wallace. Nie ma chyba pisarza, który celniej trafia w punkt. Widać od razu, że to był zdolny tenisista. Niestety – był. Rzeczywistość, którą rysował w trzech idealnych kreskach doskonałej karykatury, doprowadziła go do cywilizacyjnej zarazy – depresji. I ta zaraza była autentyczna i doprowadziła go do końca. Niemniej jego słowa, potoki słów, są najwierniejszym odbiciem współczesnej mentalności. Okrutnym i bezwzględnym zwierciadłem bezmyślności i gigantycznych pokładów egoizmu, rozwijających się w najlepsze w idealnych warunkach laboratoryjnych, rozgałęziających się i kwitnących w kulturze, która sprzyja fake-newsom, fake-lovom, fake-fakom.  Prosto z serca post-reality, Ameryki, ziemi obiecanej biznesu i sztuki. Wallace słusznie stał się ikoną współczesnej literatury. Do tego stopnia, że nie tylko powstają filmy na podstawie jego książek i spektakle z nim jako protagonistą (absolutnie genialne Overload florenckiego kolektywu Sotterraneo nominowane do najważniejszej włoskiej nagrody teatralnej Premio Ubu), a nawet w tramwaju linii 19 w dzielnicy San Lorenzo w Rzymie, czytając „Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi” można spotkać mężczyznę w białej bandanie, okrągłych okularach i sportowych ciuchach. Przypadek? Nie sądzę. Facet wysiadł na przystanku pod obwodnicą i zniknął. Piękne postmodernistyczne spotkanie.




sobota, 11 sierpnia 2018

Kamila Straszyńska - RZYM




Miasto, które zaczęło się od morderstwa. Wilczyca, jego patronka, wykarmi swoje dzieci, ale potem pozostawi je własnemu losowi.  Radź sobie, to jest prawo miejskiej dżungli. To jedyna zasada. A zatem wszystkie chwyty dozwolone. W Rzymie spełniają się wszystkie koszmary twojej mamy, bo teraz twoją mamą jest obojętna wilczyca. W autobusie i metrze solidaryzujesz się z sardynkami, a torbą odgradzasz się od brzuchów i pach. Temperaturę słuszniej byłoby wyrażać w stopniach Farenheita, bo te powalające liczebniki lepiej oddawałyby odczuwalną. Czerwone światło jest tylko sugestią. I te kontenery. Wszędzie kontenery. Owszem, można pozostać eco-friendly i segregować odpady, gdy wraca się z pustymi butelkami po winie. Ale obecność wielkich śmietników wydzielających w upale uroczą woń wcale nie oznacza, że wszędzie naokoło jest czysto jak u perfekcyjnej pani domu. Cały ten bałagan, chaos, tłum niemieckich turystów, „ja, ja, dżelato, koloseum”, polscy pielgrzymi zakładający w Watykanie polską kolonię, albo przynajmniej eksklawę, mewy i gołębie, i to wszystko, co mogłoby wyprowadzić z równowagi… a obok Bernini. Michelangelo. Rafael. Barok tych placyków. Olśniewające piękno antycznych ruin. Nowoczesne muzea i galerie, szybkie samochody, światowe domy mody. Tak, można zwariować.



Rzym jest miejscem magicznym: ogromny ośrodek kultu, tysiące lat historii cywilizacji, arcydzieła sztuki, spuścizna teatralna, operowa, filmowa – to wszystko jedno obok drugiego koegzystuje w rozwibrowanym miejskim rytmie. Już nie wiadomo, czy bardziej zachwyca fontanna di Trevi czy wspomnienie kąpiącej się w niej Anity Ekberg. Mimo połaci ludzkiej mierzwy, która już nawet nie patrzy przy czym dokładnie cyka sobie selfie, wszystkie te miejsca zachowują swój monumentalny czar i tajemniczą moc. Shelley napisał: Go thou to Rome – at once the Paradise,/ The grave, the city, and the wilderness. Tak, Rzym jest tym wszystkim. Jest rajem i grobem, miastem i dziczą. Shelleya w jego rzymskim domu zaszczycają swoją obecnością przede wszystkim nasi ulubieni niemieccy turyści, którzy wraz z biletem do Keats&Shelley House otrzymują zniżkę do Goethe House. Kogo tu nie było? Kogo Rzym nie przyciągnął swoim niebezpiecznym, wieloznacznym magnetyzmem. Czy tylko obecność ważnych zabytków sprawiała, że włoska stolica na tak długo stawała się przystankiem w romantycznych grand tour?  









Tutaj na każdej ulicy zaczyna się jakaś epoka. Gdyby żyć z pełną świadomością,  Z CZYM MA SIĘ DO CZYNIENIA, jak ważne są te ściany, ozdóbki, koncepty, założenia urbanistyczne, obok których przechodzi się w drodze do H&M, to naprawdę nigdy nie doszłoby się do celu, zatrzymując się w nieskończonej kontemplacji. Tymczasem tę spuściznę całej umierającej europejskiej kultury wchłania się tutaj przez osmozę. Rzym reprezentuje wszystko czym Europa była od swoich krwawych początków po krwawą teraźniejszość. To miasto-palimpsest, gdzie kolejne wieki i poszczególne istnienia nadpisują swoją historię. Nie mogąc utrzymać całego tego ładunku w jednym miejscu, miasto rozlewa się na ogromne połacie przestrzeni, jak nieuregulowana rzeka. Lądując o nocnej godzinie widziałam z tego marnego okienka, marnego hublot, światła, setki świateł rozjaśniających ziemię po horyzont. 3 milionowe ex cesarstwo, żyjące chwałą i niepokojami wszystkich wieków ludzkości. I ta świadomość wieczności to nie jest tylko moja fantazja zakochanej grafomanki. Kto nie wierzy niech wejdzie do metra linii C, stacja San Giovanni: zjeżdżając na peron ruchomymi schodami (o ile działają), obserwuje się namalowane na ścianach osie czasu: ile metrów pod ziemią jesteś i jakie ruiny znajdują się na tym poziomie. Do pociągu wsiadasz w prehistorii.

Cała niepohamowana dzikość temperamentu Rzymu wyzwala ukryte w człowieku północy instynkty. Już dawno zaczęłam definiować Polskę głównie jako północ, nie potrafiąc rozstrzygnąć czy nasza mentalność przynależy do wschodu czy zachodu. Ogólnie rzecz biorąc właśnie to rozdarcie między tradycjami  kulturowymi czyni z Polaków … Polaków. Usilnie pragnących podpisywać się pod spuścizną Greków i Rzymian, ale niezmiennie noszących warkocze i miłujących Światowida, okazujących wzorowe hasliebe względem kultury wschodniej, a zwłaszcza rosyjskiej. I love Dostojewski, but he doesn’t love me back. Nie mogąc się odnaleźć w granicach wyznaczanych przez południki, łatwiej jest się określić w równoleżnikach. A zatem fredda Polonia, paese del Nord. Zimna Polska, kraj Północy. Gdybyśmy grali w Grze o Tron, to Warszawa byłaby Winterfell, a Rzym oczywiście Królewską Przystanią. Kto nie lubi zimy, która nadchodzi, ucieka na południe. Jednak choćby nie wiem jak dobrze mówił w obcym języku i jak dobrze znał obcą kulturę, zawsze sam pozostaje obcy. A będąc przyzwyczajonym do usilnych prób zaprowadzenia miejskiego porządku rodem z Ikei, czyli innymi słowy polskiego państwa policyjnego, wybierając południe, gdzie panuje wolna amerykanka, doznaje szoku. Kulturowego i termicznego. Słowem, udar.     

Bardzo lubię udawać rzymiankę. Objawia się to świadomym ignorowaniem wszelkich turystycznych hitów. A zatem plac Świętego Piotra przecinam w poprzek idąc na skróty do metra. Przy Koloseum siadam tylko tyłem do areny. Obok jest jeszcze Łuk Tytusa, ale kogo obchodzi Łuk Tytusa, jeśli stoi obok Koloseum. Zawsze należy ignorować coś większego. Kawa i tiramisu przy placu Hiszpańskim tylko na murku z dala od Schodów. Jeśli fontanna di Trevi to tylko o 5 nad ranem. No, może częściej, mam do niej szczególny sentyment. Ale moim gwarantem powrotu do Rzymu przestał był pieniążek rzucany za siebie do wody. Teraz jest nim czynsz, jak na rzymiankę przystało. Nawet przyjaciele Polacy twierdzą: masz takie południowe rysy, na pewno świetnie pasujesz do Rzymu. Jednak wszystkie moje wysiłki spełzają na niczym w konfrontacji z Włochami. Masz takie słowiańskie rysy, mówią. Kolejny poziom zagmatwania etnicznego pojawia się, gdy z tych słowiańskich rysów wydobywa się melodia języka Dantego. Bo to Dante z dialektycznym akcentem regionu Emilia Romagna. Bolonia Polonia. W ten sposób, krok po kroku, tracąc każdą możliwą tożsamość, staję się człowiekiem bez właściwości, gotowym do ukształtowania siebie, integracji osobowości. Rzym jest miejscem communitas, a jednostka, która decyduje się na ucieczkę od societas, tu odnajduje przestrzeń do przekroczenia liminalnej granicy. Choć nie należy zakładać, że tylko jedno doświadczenie jest tym formującym osobowość, to Rzym jest jednym z tych, wobec których nie pozostaje się obojętnym. Choćby nie wiem co. Choćby jedynym wspomnieniem była kradzież portfela albo kolejka do Muzeów Watykańskich. Ten rodzaj energii, która przyciąga tu miliony ludzi z całego świata, gotowych na kupienie setek bezużytecznych gadżetów tylko dlatego, że podpisane są ROMA, nie może być obojętny. To promieniowanie.  Rzym ma wiele twarzy, można go przeżywać jak Audrey Hepburn albo Nanni Moretti. W Rzymie wszyscy są równi wobec piękna i niebezpieczeństwa. Oddanie się pod opiekę wilczycy oznacza wyzwolenie ze wszystkich zasad w miejscu, które do pewnego stopnia jest centrum świata. Gdzie w końcu prowadzą wszystkie drogi.



O Rzymie, z Rzymem i przez Rzym:  

1)      La Dolce Vita reż. Federico Fellini, 1960 








2)      Rzym reż. Federico Fellini, 1972



3)      Rzymskie wakacje reż. Billy Wilder, 1953



4)      Caro Diario reż. Nanni Moretti, 1993




5)      Zakochani w Rzymie reż. Woody Allen, 2012



6)      Rzym, miasto otwarte reż. Roberto Rosselini, 1945 





7)      Mamma Roma reż. Pier Paolo Pasolini, 1962 







8)      Wielkie Piękno reż. Paolo Sorrentino, 2013





9)    Młody Papież reż. Paolo Sorrentino, 2016 





10)  Złodzieje rowerów reż. Vittorio de Sica, 1948 






czwartek, 28 czerwca 2018

Kamila Straszyńska - Życie ponowoczesne









Brzmi trochę jak życie pozagrobowe. I w pewnym sensie takie jest. Na gruzach dawnej kultury zaczyna rosnąć jakiś chwast, wytrwale wznoszący się ku słońcu. Trudno jest ustalić kto i kiedy zasadził ponowoczesność, jak to bywa z dziką naturą, ale głupotą byłoby podważanie jej obecności. Być może za sto lat ktoś nazwie naszą epokę inaczej, ale jak na razie idziemy całkiem słusznie za Baumanem.

Błądzenie. Współczesna sztuka poszukuje, zagłębia się w znane już przecież rejony próbując na siłę wynaleźć coś szokującego. Ale nic już nas nie szokuje, nic nie jest nowe. Nie możemy rościć sobie prawa do odkryć estetycznych na miarę pierwszej awangardy. To se nevrati. Poruszamy się po odkrytym lądzie i wiemy to nie od dziś. Karawana artystów przemierza ten ląd i od czasu do czasu zmienia konfigurację, co by się nie nudziło. Ale jak mówić o awangardzie kiedy nie jest pewne, w którą stronę zmierzamy? Żeby było jakieś avant, musi być i kierunek. Tymczasem odbywa się jednoczesna wędrówka we wszystkich możliwych kierunkach. Nie ma już ani straży przedniej ani tylnej jak słusznie zauważył Richard Schechner w swoim tekście Pięć awangard czyli żadna.

Dziś jednostki zakładają swoje wyspy indywidualnego kultu. Można jak Odys, pływać sobie od wyspy do wyspy, a nuż jakaś Kalipso zafascynuje cię na wiele lat. Ale potem płyniesz dalej. A jak masz ambicję, to zakładasz własną wyspę, ryzykując, że pozostaniesz na niej sam, nawet bez Piętaszka. Ta wyspa jest zrobiona z tego samego piasku i minerałów, co pozostałe, ale od ciebie już zależy jakie zamki na nich postawisz.
Nie zmienia to faktu, że materia twórczości w tym momencie obejmuje już wszystko – od ludzkich emocji po śmieci na plaży. Cały świat stał się potencjalnym dziełem sztuki, które możesz podpisać i sprzedać. A jak wiadomo, powszechność nie idzie w parze w innowacyjnością. Ale czy musi chodzić o innowacyjność za wszelką cenę?

Hugo Martinez Tormo - La deriva di un gesto post-romantico, Valencia
Na wystawie w Walencji widziałam instalację zrobioną z rzeczy znalezionych w żołądku martwego wieloryba. 30 metrów materiału do pokrywania szklarni, dwie donice, dwa węże ogrodowe, 7 plastikowych worków, 9 metrów liny, butelka po detergencie, wieszak, 2,5 kilograma plastiku, butelka po sprayu. Wygląda na to, że wieloryb był fanem ogródków działkowych. I szalał za Banksym.





Sztuka mówi o świecie, jej materią jest rzeczywistość. Nieważne czy ktoś chce przetwarzać ją przez swoje sny, traumy z dzieciństwa czy poglądy polityczne. Jest naszą ostoją człowieczeństwa w świecie martwych wielorybów. Tworzymy najróżniejsze przekładańce starych praktyk i nazywamy je postępowymi, często zapominając, że już nas ktoś wyprzedził w tym wyścigu. Teraz jedyną konkurencją jest jazda dowolna –  pogódźmy się z tym. Mówmy o świecie, mówmy o sobie, mówmy o wielorybach. Mówmy o wszystkim i niech wszystko będzie sztuką. W porządku.

Błądzenie jest podstawą naszej epoki. Na tych gruzach też można pielęgnować jakiś ogródek, więc trzeba znaleźć na to dobre miejsce. Cywilizacja błądząca oznacza kulturę błądzącą. Nie mam wątpliwości, że ludzkość jest lekko zdezorientowana. Wszyscy jesteśmy lekko zdezorientowani. Ale nic nowego nie będzie. Tylko jakaś inna konfiguracja tej samej karawany. Może w tej nowej konfiguracji  wrócimy do rzeczy ważnych? I znów, ponowoczesny odruch każe mi podważyć podważanie ważności współczesnej sztuki. Dlaczego roszczę sobie prawo do dyktowania priorytetów? Co jest ważne dla mnie, niekoniecznie musi być dla mojego hinduskiego sąsiada z trzeciego piętra. Może kogoś nie wzrusza martwa fauna morska? Przecież nie musi.

Rzekoma nieograniczona wolność zaprowadziła nas pod ścianę. Każdy może wszystko, więc tak naprawdę nie możesz niczego. To też już było. Skupmy się na sztuce. Nie obowiązuje żadna konwencja. Wobec braku konwencji trudno być awangardowym, więc wszyscy mają prawo nazywać się zarówno klasykami, jak awangardystami. Sztuka zaangażowana politycznie wchodzi w realne układy polityczne. Dopływasz do tej wyspy i zgadzasz się na wszystko, co ci na niej mówią, bo jest to przekonujące. Nie kontestujesz, bo możesz, więc to nie jest taka serio kontestacja. Odpływasz z tej wyspy, płyniesz głównym nurtem, dopływasz do teatru autorskiego. Kirke Lupa, Kalipso Borczuch, co tylko zechcesz. Jak popłyniesz trochę dalej tym mainstreamem to czeka na ciebie wyspa teatru mieszczańskiego. Też możesz się zatrzymać, czemu nie. Zbaczając z drogi możesz poodkrywać mniejsze wyspy, które w zasadzie nikogo nie obchodzą oprócz wąskiej grupy stałych bywalców.

I tak płyniesz, a wszystko staje się lekko obojętne. Przyglądasz się strukturom, autocytatom, tropisz nawiązania and it seems to be fun. Ale gdzie jest to coś co porusza? Jakieś archetypiczne doznanie, coś być może metafizycznego, albo porażającego w swej prostocie? Chyba tęsknię za Itaką. Nie mam pojęcia gdzie ona jest i czy w ogóle jest. Ale tęsknię.

Ta odyseuszowa metafora wiele mówi o człowieku współczesnym. Pardon. Ponowoczesnym. Błądzenie podszyte tajemniczym kluczem po tej wodzie, w której pływają tony plastiku. I to nie tylko w sensie artystycznym. Bo czyż meandry dróg artystycznych nie są po prostu estetycznym odpowiednikiem aktualnego statusu ontologicznego cywilizacji? Statusu w zawieszeniu? Co jest po tym, co nowe?

niedziela, 21 stycznia 2018

Anna Kozłowska - Przeczytane 2017

najlepsze przeczytane w 2017 roku - kolejność przypadkowa





Julian Barnes

Zgiełk czasu


Mistrzostwo! (jak każda książka tego autora)
Tym razem o niebezpiecznym flircie władzy i artysty.


Marcin Wicha

Rzeczy, których nie wyrzuciłem 


Przedmioty, które żyją naszą pamięcią. Nasza pamięć, która odżywa dzięki przedmiotom. Kolejne etapy dzieciństwa i młodości wyznaczane przez stosy rzeczy rodziców. Szpargały czy klejnoty? Czy ocalić jakiś przedmiot oznacza ocalić wspomnienie? 
Osobiste. Dotkliwe. I świetnie napisane. 










Janusz Głowacki

Z głowy


Trudno pogodzić się z tym, że TACY LUDZIE odchodzą. Tym bardziej trzeba wciąż wracać do ważnych książek, które napisali. 
„Z głowy” z 2004 roku jest opowieścią autobiograficzną, choć patrząc szerzej, jest doskonałym przykładem losów człowieka myślącego w nie najłatwiejszym momencie dziejowym, któremu przyszło urodzić się w Polsce, przeżyć wojnę, wychować i działać w PRL, posmakować emigracji i światowego sukcesu. 
Plus talent obserwacji i cięte pióro.

Natasza Goerke 

Tam


Nepal oczami przybysza, który staje się tubylcem. Choć najważniejsze w tej książce są uważność, wrażliwość i znakomite pióro autorki. Na taką literacką ucztę miałabym ochotę przynajmniej raz w tygodniu…




Mikołaj Grynberg 

Rejwach


Czujne ucho do wysłuchania emocji zakrytych słowami i świetne pióro do zapisana niewygodnych odkryć i ukryć swojej tożsamości. Literackie miniperełki.




Stanisław Łubieński

Dwanaście srok za ogon 


Z pasją o życiowej pasji, czyli "po prostu zadzieraj głowę". 
Po tej książce każdy spacer lub przechadzka po parku będzie miała zupełnie nową oprawę wizualną i dźwiękową! 



Cezary Łazarewicz 

Żeby nie było 
śladów 


Rzecz o kłamstwie, które wielokrotnie powtarzane staje się powszechnie obowiązującą prawdą. Jak po latach odkłamać tę jedną z najbardziej wstrząsających i do dziś poruszających  historii? Tym bardziej, że bezkarność władzy wkurza nas bez względu na czasy…






Teresa Torańska

Dalej


Nie ma już autorki. Są znakomite wywiady. Na nich można uczyć się sztuki rozmawiania, a może przede wszystkim historii Polski. Wszystkie są ważnym mądrze zapisanym fragmentem minionej rzeczywistości.




Michał Olszewski 

Upał



Napięcie. Gorączka, która stale rośnie. Oczekiwania pęcznieją. Balon emocji coraz większy. Ciśnienie. Presja. Upał naszych czasów czyli upał w naszych głowach od nadmiaru. 
Plus mocna pointa!




Milena Jesenska

Ponad nasze siły


Teksty o ówczesnej rzeczywistości napisane przez Milenę Jesenską między październikiem 1937 a czerwcem 1939 roku. 
O mechanizmach wykluczania i zagnieżdżania się nowych porządków. 
Wstrząsająco aktualne. 

Bikont 

Sendlerowa 


Ważna książka. Im bardziej zdjęta z bajkowego pomnika tym bardziej podziwiam wybory i działanie Ireny Sendlerowej. A powojenna historia oceny i przedstawiania wojennych zdarzeń świadczy o tym jak bardzo nie umieliśmy sobie poradzić z tematem. Do dziś.  

Jerzy Ficowski 

Lewe strony widoków



Poeta wybitny. A ten obszerny wybór to powrót do wspaniałej poezji. Do czytania okolicznościowo lub w potrzebie lub beż żadnej okazji. Jakże łatwo dać się zaczarować, oczarować i nabrać tych słów do krwiobiegu.