piątek, 6 listopada 2015

Kamila Straszyńska - słodki smak niewiedzy



Ile czasu zajmuje wymienienie wszystkich swoich ulubionych artystów (z każdej dziedziny), komuś kto spędza liczne godziny swojego życia na zagłębianiu się w ich twórczość? Nie umiem powiedzieć, ale z pewnością długo – zwłaszcza, że trzeba by doliczyć dodatkowe minuty na chociaż małe uniesienia zachwytu po przywołaniu w pamięci uwielbianej sylwetki. Istnieje jednak dość skuteczny sposób na skrócenie tego korowodu entuzjazmu. Może się to wydać paradoksalne – tym antidotum na uwielbienie okazują się… biografie.

            Nie ma wątpliwości, że wiele życiorysów wzmaga adorację. Ten wspaniały pisarz żył w biedzie na poddaszu, kochanka umarła mu na gruźlicę, ach – jak mi go żal!  A temu aktorowi udało się wyrwać z przedmieścia, prawdziwa kariera od pucybuta do milionera.  Są to czasami wyrwane z kontekstu poruszające fragmenty. Gdy spojrzeć na całość okazuje się, że ten nie dał kochance na lekarstwa, bo poszedł się upić, a tamten szedł do celu po trupach i został sam ze swoimi milionami. W końcu wszyscy to tylko ludzie. Co nie zmienia faktu, że dopóki sobie tego nie uświadomimy, nasi idole w naszych głowach pozostają co najmniej herosami (jeśli nie bogami).

To właśnie w (w miarę obiektywnych) biografiach (na pewno nie tych autorskich) można doszukiwać się prawdy historycznej na temat szanowanych postaci. Doskonałym przykładem są książki historyka Sławomira Kopra, ukazujące się nakładem wydawnictwa Bellona. Autor zajmuje się życiem prywatnym znanych osobistości, ze szczególnym uwzględnieniem okresu międzywojnia.

Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej to książka opisująca największe tuzy środowiska: Skamandrytów, Fryderyka Jarosyego, Marię Pawlikowską – Jasnorzewską i Magdalenę Samozwaniec, Witkacego, Bruno Schulza, Bolesława Leśmiana, Tadeusza Boya Żeleńskiego, Zofię Stryjeńską, Tadeusza Dołęgę – Mostowicza, Artura Rubinsteina i Jana Kiepurę. Poprzez barwne dzieje poszczególnych bohaterów książki wyłania się także całościowy obraz obyczajowości i życia kulturalnego w czasie dwudziestolecia. Napisana zwięźle i ciekawie, książka S. Kopra to wciągająca lektura nie tylko dla miłośników historii. Choć po jej przeczytaniu na pewno fala entuzjazmu, która zwykła nadciągać przy wymienianiu podanych wyżej nazwisk, teraz już nie jest tak wysoka i tak szybka.


            Na rynku wydawniczym pojawiły się także biografie autorstwa Mariusza Urbanka. Autor dokonał dogłębnej analizy życiorysów takich artystów jak Julian Tuwim (Tuwim, Wylękniony bluźnierca), Jan Brzechwa (Brzechwa, Nie dla dzieci) czy Władysław Broniewski (Broniewski. Miłość, wódka, polityka).  Te znacznie dokładniejsze i w nieco mniej plotkarskim stylu (u Kopra mnóstwo jest informacji pochodzących z plotek, którymi żyło miasto, co można poczytywać zarówno za zmniejszenie wiarygodności, jak i za lepsze zarysowanie atmosfery czasów) biografie sprawiają, że na uwielbianych poetów znanych tak dobrze od dzieciństwa (oczywiście nie liczę tu Broniewskiego)  przestajemy patrzeć zakochanym dziecięcym spojrzeniem. Musimy zmierzyć się z dorosłą prawdą. A wszyscy bardzo dobrze wiemy, że bycie dorosłym nie zawsze bywa przyjemne.

            Te dwa nazwiska współczesnych biografów i ich demaskujące swoich bohaterów dzieła, są jak najbardziej godne polecenia. Nawet jeżeli dowiemy się czegoś, co zniszczy nasz pogląd na pewne osoby. Osobiście potwierdzam, że platoniczna miłość do niektórych artystów potrafi być prawdziwie wierna i niezachwiana, jakiekolwiek straszne fakty z biografii nie wypłynęłyby na wierzch. Wszak nie kochamy ich za to, jakie popełniali błędy jako zwykli ludzie, tylko za to, co potrafili zrobić jako niezwykli twórcy. Oprócz tego, dopóki nie zmierzymy się z często gorzką rzeczywistością, nie poczujemy w pełni tego wspaniałego smaku jaki ma słodka niewiedza.

Krótka lista wybranych pozycji z długich list dzieł obu autorów:

Sławomir Koper: 
- Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej 
- Kobiety w życiu Mickiewicza
- Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej 
- Afery i skandale Drugiej Rzeczypospolitej 
- Wpływowe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej 
- Gwiazdy II Rzeczypospolitej 
- Sławne pary PRL 
- Skandaliści PRL 
- Gwiazdy kina PRL 
- Stracone pokolenie PRL 









Mariusz Urbanek: 
- Zły Tyrmand 
- Waldorff. Ostatni baron PRL-u
- Broniewski. Miłość, wódka, polityka
- Brzechwa. Nie dla dzieci
- Tuwim. Wylękniony bluźnierca
- Wieniawa. Szwoleżer na Pegazie
- Jan Nowak-Jeziorański. Biografia opowiadana 


piątek, 30 października 2015

Kamila Straszyńska - due baci


            Witam się z włoskim znajomym. Nie, nie muszę całować go w rękę i zwracać się do niego Ojcze Chrzestny.  Zgodnie z obyczajem po słowie Ciao! musi nastąpić jedynie powitalny całus w policzek. U nas zazwyczaj kończy się to na symbolicznym zbliżeniu twarzy do twarzy drugiego człowieka, (no chyba, że ci ludzie się naprawdę bardzo lubią).  Zatem zbliżam twarz, którą za krótką chwilę chcę odsunąć. Tymczasem twarz znajomego znów się zbliża. W mojej głowie następuje spektakularna ucieczka, rodzi się panika, mój boże, na pewno zboczeniec, czego z tą twarzą mi tu… Ale uświadamiam sobie, głupia, że przecież muszą być due baci – dwa całuski na dzień dobry, a jak się tak nie witasz, to znaczy, że jesteś dziwak i nas nie lubisz. Po drugim całusku wracam spiesznie za mur swojej strefy prywatności i staram się zza niego specjalnie nie wychylać.
          
          Ależ nonsens! Moja strefa prywatności, święty krąg dystansu od innych ludzi został tutaj absolutnie zmiażdżony, zniszczony, połamany na kawałeczki, podpalony, poharatany. Ostatnio widziałam swój „nienaruszony prywatny obszar” jak spadał w przepaść w Wielkim Kanionie, niczym w bajce o Strusiu Pędziwietrze i Kojocie.  Bardzo tęsknię w tym względzie za Polską, gdzie dotykanie kogoś skrawkiem nogawki już wywołuje gniewne spojrzenie, co gwarantuje wielką swobodę posiadania osobistej strefy. Złota Wolność Szlachecka. Tutaj nikt się nie przejmuje, gdy stoi praktycznie na tobie, lub idzie tuż za plecami (robiąc wrażenie przyczajonego tygrysa lub co najwyżej ukrytego smoka).
       
       W ten sposób, ogołocona z mojego muru zdystansowania, stoję w zupełnie nowej rzeczywistości. Z początku ta rzeczywistość była przytłaczająca, zwłaszcza w fazie dekonstrukcji wszystkich przyzwyczajeń dotyczących życia społecznego. W pierwszych chwilach, patrząc w lustro, widzę Muncha. Jednak ten gwałt na rutynie pozwala na odkrycie wszystkiego na nowo – swoich przyzwyczajeń, funkcjonowania w codzienności, ale także na zupełnie nowe spojrzenie na samego siebie i całą dotychczasową wiedzę. Trzeba znowu spojrzeć w lustro i przejrzeć się w Sienkiewiczu i Gombrowiczu, w Kordianie i Józefie K., w Baczyńskim i Masłowskiej, w Robercie de Niro i Robercie Benignim, w Luwrze i Tate Modern. A potem na chwilę zamknąć oczy.
  
Zmiana, która potrafi być gwałtownym i szalonym procesem, jest punktem wyjścia dla ponownego otwarcia głowy na pomysły. Każda informacja staje się inspiracją, mózg znowu jest żyzną glebą. To otwarcie okna w dusznym pomieszczeniu, gdzie schowane są wszystkie doświadczenia i wiadomości. Szczególnie jeśli ćwiczy się szare komórki także językowo.  Kiedy trzeba cały czas myśleć, jak coś powiedzieć, to „główka pracuje” intensywniej – także na innych polach.
            
         Wrzucenie siebie w zupełnie nowy kontekst pozwala na przeredagowanie całej treści, jaką się do tej pory w sobie zapisało. Najistotniejsze w tym wszystkim jest samo pochylenie się nad tymi zdaniami. Moim zdaniem to, moim zdaniem tamto… Jeszcze raz się nad tym zastanawiam, (często przy okazji trzeba to też przetłumaczyć) jak widzę taką czy inną sprawę postawioną w świetle zagranicznego reflektora – w kontekście nowej rzeczywistości.  Nie oznacza to, że koniecznie muszę zmienić sposób myślenia, bo wiele moich refleksji pozostaje niewzruszonych. Niemniej jednak, największą wartością pozostawania w odmiennej rzeczywistości jest przede wszystkim nieustanne konfrontowanie siebie samego z własnymi myślami po zmianie optyki. Można poczuć się jak dziecko, które odnajduje dawno schowane lub zgubione zabawki.

           
         Tutejsza moda, aktualne trendy w sztuce są ciekawym kontrapunktem. Przede wszystkim więcej się mówi o kulturze w przestrzeni społecznej. Jest większy wybór, bo każdy rodzaj ekspresji ceni się na równi. Spektakl klasyczny „Napijmy się herbaty z samowara” nie jest gorszy niż hiper – awangarda „Bądźmy wszyscy nadzy”. Breughel jest tak samo reklamowany, co festiwal Gender Bender. Efekt wyzbycia się własnych nawyków, sprawia, że ani na jedno, ani na drugie nie mogę patrzeć przez pryzmat prywatnych polskich irytacji czy znużenia monotematyzmem. I jest to naprawdę wspaniałe otwarcie.  Nie sprawia to, że zmienia się moja orientacja teatralna ani preferencje artystyczne. Niemniej, można to porównać do zrzucenia z ramion płaszcza Krzysztofa. I Michała, Krystiana, Agnieszki, Jana, Macieja i Iwana też, etc. Wszystkie płaszcze w kąt. A teraz due baci.  

niedziela, 18 października 2015

Kamila Straszyńska - Jej Wysokość Cebula


Jestem tu już jakiś czas. Znowu pada deszcz. Deszcz tak ogromny, że ma się wrażenie, że całe miasto spłynie kałużami do Padu. Za chwilę jednak pojawia się południowe słońce i ogrzewa wszystkie zmokłe kury przyjemną temperaturą powyżej 20 stopni. Tymczasem w mojej głowie poczucie wyobcowania powoli się zmniejsza, ale jest to proces wymagający również wiele wysiłku z mojej strony. Szczerze staram się przyzwyczaić do życia w innym kraju – jego zwyczajów, pogody, ludzi. W końcu nie są aż inne od moich własnych. Tutaj ludzie mówią głośniej, chodzą wolniej, bardziej fantazyjnie się ubierają i absolutnie nigdy nie pojawiają się na czas. (Wykłady na uniwersytecie n i g d y nie zaczynają się wcześniej niż po upływie kwadransa akademickiego – dla zasady.)

Jednak na barwnym tle włoskiego stylu życia łatwiej dostrzec mi dziwną, lekko niedookreśloną wartość: Polskość.  Spojrzenie z dystansu na mój kraj i na samą siebie może okazać się najcenniejszym doświadczeniem, jakie zyskam to 4 miesięcznym stypendium w królestwie kawy i makaronu. Nieraz doszukuję się podobieństw, lecz znacznie częściej odnajduję polonijność na zasadzie kontrastu z resztą świata. I odkrywam jej niecodzienne piękno.

We Włoszech wiedzą, gdzie jest Polska. Co prawda kiedy pytają mnie, skąd jestem i odpowiadam: „Polonia”, większość reaguje: „O, Bolonia! Jesteś stąd, che bello!”. Gdy wyprowadzam ich z błędu, nie zmniejsza się wcześniejszy entuzjazm. „Ach, Polonia. Pierogi! Wódka! Umiem powiedzieć po polsku dzień dobry, dziękuję i … (wiemy, co każdy umie powiedzieć). Byłem w Krakowie! Byłam w Warszawie! Macie zimne morze i mocne głowy.” Słysząc te wszystkie słowa i potwierdzając lub zaprzeczając informacjom na temat naszej ojczyzny rozpiera mnie od środka bardzo dziwne uczucie. Coś jakby połączenie radości, dumy i miłości do w zasadzie abstrakcyjnego tworu. Bo jak można kochać kraj konkretnie? Kochać ziemię? Historię i kulturę? Co sprawia, że mówiąc „Polska” czuję malutkie ukłucie szczęścia? Przecież nie względu na tych wszystkich ludzi, którzy zawsze stoją po lewej stronie schodów w metrze. Nie na tych, co plują na siebie ze względu na światopogląd.  Tych, co najpierw wsiadają, nie puszczając wysiadających. Nie tych, co masowo piją piwo po prawej stronie Wisły. Nie na buraków. Nie tych, co słuchają disco polo na plaży. Na pewno też nie na tych, dla których Polak równa się wiocha i cebulactwo.

Na Uniwersytecie Bolońskim wciąż obecne są polskie nazwiska. Pierwsza omawiana postać na wykładzie z historii teatru to Jerzy Grotowski. Zaraz po nim Tadeusz Kantor. Przechadzając się korytarzami najstarszej uczelni na świecie co i raz wpadam na Mikołaja Kopernika, oczywiście w formie tablic pamiątkowych i popiersi. Odnosi się do polskich pisarzy, artystów, naukowców – raz za razem słyszę tu „polacco, polacco” tylko w pozytywnym kontekście. I zawsze pojawia się wtedy to ukłucie dumy, połączone z poczuciem obowiązku. Wiem, jak obrzydliwie patetycznie brzmią takie deklaracje. Zalatują Mickiewiczem. Można się do nich odnieść z pogardą, ale można także wziąć je do serca. Będąc tutaj przyznaję się do bycia Polką z podniesionym czołem. Uważam, że język polski jest piękny i niezwykle bogaty. Nasza literatura, kinematografia, sztuki plastyczne są równie interesujące, co propozycje z innych krajów. Jesteśmy równi z Europą w wielu aspektach. Polskie kompleksy przypominają czasem problemy rozhisteryzowanej nastolatki – mają niewiele wspólnego z realnym stanem rzeczy.  Ale to niestety Polacy sami nakręcają stereotyp Polski jako zadupia Europy. W żadnym wypadku nie twierdzę, że to raj na ziemi. Czasami po prostu marzy mi się, żeby społeczeństwo umiało docenić właściwe wartości i je eksponowało i wspierało. Tymczasem ludzie zajmują się głównie pluciem.

A gdyby Polacy nie pluli na Polaków, to cebula byłaby królową, a nie żenującą krewną kartofla. 

czwartek, 15 października 2015

Anna Kozłowska - Usłyszałam "Wielki przypływ"


Lampedusa. Wyspa. 9 kilometrów wzdłuż, 2-3 kilometry wszerz. Znana z jednej z najpiękniejszych plaż przy Isola degli Conigli, czyli Wyspie Królików. Lazurowe morze, beztroskie wakacyjne słońce. Można opłynąć wyspę, można zobaczyć delfiny.



Ale wyspa Lampedusa w ostatnich latach stała się świadkiem tragedii uchodźców, którzy ryzykując śmiercią na morzu walczą o lepsze życie, a często po prostu o przeżycie. I media zaczęły bombardować szokującymi obrazami tonących pontonów, pogrążających się w morskiej otchłani przepełnionych łódek i plastikowych worków. Rozpaczą tych, którzy tracili najbliższych i przerażeniem tych, co na lądzie z bezradnością rozkładali ręce.

A my patrzyliśmy na to z bezpiecznej odległości wygodnych foteli przed telewizorami. Poeta Jarosław Mikołajewski na Lampedusę poleciał. Obejrzał wyspę, zobaczył skały, ulice, wybrzeża. Oraz widoczną z morza instalację z napisem DRZWI EUROPY. Spotkał ludzi. Lekarza, który nocą na pomoście przyjmuje i bada tych, którym się udało i tych, którym dopłynąć się nie udało. Pielęgniarkę żółwi, która ratuje te zwierzęta przed męczarniami po połknięciu plastikowych torebek, które mylą z meduzami. Dawnego burmistrza, który kopiuje Caravaggia. Proboszcza, który rozumie, że ludzie uciekają z Afryki do Europy, bo dla nich żyjemy w braterstwie i pokoju. I artystę, który zbiera przedmioty, które razem z łódkami przybyszów wyrzuciło morze. A potem wszystkie wrażenia opisał, rozmowy zapisał i skomponował ważną i mądrą książkę „Wielki przypływ”.

Czytałam ten pięknie napisany tekst z narastającym uczuciem frustracji, że trwa to już tyle czasu i wciąż się dzieje. Bo to frustrujące, kiedy próbujesz zainteresować, wyjaśnić, pokazać, że ważne, że trzeba reagować, działać… Czy nikt nie słucha? Nikt nie słyszy?

A potem przez cały wieczór spotkania autorskiego w Faktycznym Domy Kultury patrzyłam w lazurowe oczy autora książki i snuł mi się, a potem coraz natrętniej wiercił w głowie wiersz Tadeusza Różewicza „Włosek poety”

          Poeta to na pewno ktoś
          Słuchajcie głosu poety
          Choćby ten głos
          był cienki jak włos
          Jak jeden włos Julietty

          Jeśli się zerwie włosek ten
          to nasza nudna kula
          upadnie w ciemność
          Czy ja wiem
          albo się zbłąka w chmurach

          Słyszycie Czasem wisi coś
          na jednym włosku wisi
          Dziś włoskiem tym poety glos
          Słyszycie
          Ktoś tam słyszy

Jarku, dziękuję za tę opowieść. „Wielki przypływ” zalał moje myśli i nie pozwala odpłynąć od tego tematu. Ja usłyszałam. Mam nadzieję, że ktoś jeszcze.

środa, 10 czerwca 2015

Kamila Straszyńska - tysiące Ameryk do odkrycia






"Wszystko już było" - ech, ile razy już to słyszeliśmy. To doprawdy ohydne i natrętne zdanie. Powoduje nerwice u kolejnych pokoleń wszystkich silących się na oryginalność. Stanowi główną wymówkę dla kompletnego braku pomysłów. Można na nie jednak spojrzeć z zupełnie innej strony. Jednak wtedy jest początkiem nałogu dla nowych Faustów, którzy pragną poznać pełną prawdę o świecie, a brnąc w ten las wiedzy przytłacza ich rosnąca ilość drzew. Zdaje się, że optymalne jest w tej sytuacji znalezienie złotego środka - w artystycznych poszukiwaniach filtrować tradycję przez siebie. 
Czyż to nie jest najpiękniejsza droga dla nowatorskich idei?




Najlepszym przykładem artysty, który czerpał pełnymi garściami z tradycji, by przepuścić je przez pryzmat swoich doświadczeń, był Tadeusz Kantor. Jego sztuka malarska i teatralna odwołuje się silnie do wzorców awangardowych (także wcześniejszych), ale pod wpływem intensywnej barwy osobowości Kantora nabiera zupełnie nowego oblicza. Jego teatr to po prostu sto procent reżysera. Esencja jego myśli. Zwłaszcza biorąc pod uwagę najistotniejszy dla Kantora temat, czyli ludzką pamięć. Cała stworzona przez niego estetyka jest wynikiem jego refleksji dotyczących przeszłości, kondycji człowieka w starciu z historią i jego śmiertelnością, oraz oczywiście sposobu funkcjonowania wspomnień, mechanizmu umysłu, który pewne rzeczy wybiera na wieczne przechowanie, a inne bez pardonu odrzuca w zapomnienie.

Ale Kantor to już przestrzenie odkryte. Cricot 2 jest znany na całym świecie. Wpisuje się do kanonu kolejnych genialnych pomysłów, które już ktoś wymyślił. Zatem znów powtarza się to okropne zdanie - "wszystko już było". Kolejne i kolejne nowatorskie odkrycia awangardy przed i powojennej współczesnych twórców przyprawiają o nocne koszmary. Ale zapominają oni o faustowskim wątku odkrywania. Iluż jest wspaniałych twórców, którzy nie są znani w naszym kraju, a uznani poza granicami? Iluż pochodzi z odrębnych kultur i pozostają dla nas niezrozumiali? Nie sposób ogarnąć umysłem całego istniejącego zbioru ludzkich wytworów wyobraźni, który wciąż się rozszerza jak wszechświat. Nie jest możliwe całkowite poznanie, ale dzięki temu rodzi się nadzieja. Nie, bynajmniej nie nadzieja na z pewnością emocjonujące konszachty z diabłem. Nadzieja odkrywania tysiąca nowych Ameryk.


Osobiście, w ciągu ostatniego miesiąca odkryłam kilka nowych lądów. Po pierwsze zachwyciłam się wystawą RECTO/VERSO skomponowaną z prac Andrzeja Wróblewskiego. On sam był dla mnie zupełnie nieznanym człowiekiem, nigdy wcześniej nawet nie słyszałam tego nazwiska. Wystawa w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, które mieści się przy Emilii Plater, była cały czas dostępna, darmowa - po prostu była obok mnie, jak stoją obok na przystanku tramwajowym obcy ludzie. Wejście do tego budynku kosztowało mnie tyle samo wysiłku, ile mogłoby kosztować otworzenie drzwi do Starbucksa 20 metrów dalej (pomijając koszty kawy). Ale to co wydarzyło się w środku, to już zupełnie inna bajka. Chodziłam w przestrzeni między tymi zupełnie nieznanymi obrazami jak zaczarowana. Genialność doboru środków ekspresji i jednocześnie ich prostota dawały nieziemski efekt. Zwłaszcza płótna przedstawiające matkę z martwym dzieckiem (lub dziecko z martwą matką). To także była twórczość oparta na tradycji, ale silnie poturbowana przez historyczno-społeczne okoliczności. To doświadczenie zmieniło moje postrzeganie polskiej sztuki współczesnej, otworzyło oczy na nowe poszukiwania.



Inne odkrycie nastąpiło na kontynencie muzycznym. Wszyscy znamy takie nazwiska jak Prokofiew czy Szostakowicz. Niekoniecznie zaś wiemy, że po śmierci Prokofiewa, jako drugiego po Szostakowiczu najciekawszego rosyjskiego kompozytora wymieniano Polaka żydowskiego pochodzenia - Mieczysława Wajnberga. Jego opera Pasażerka została wystawiona w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w 2010 roku, ale wcześniej jego twórczość nie była bliska polskiemu środowisku muzycznemu. Miała na to wpływ oczywista niechęć do kompozytorów radzieckich, do jakich zaliczano Wajnberga, ale to, że znalazł się w Moskwie, a nie w Warszawie, było efektem wojennej zawieruchy. Nie była to zatem ideologiczna zdrada czy wyparcie się korzeni. Nie zmienia to stanu rzeczy - Wajnberg w Polsce nigdy nie miał takiej pozycji i popularności, jak w Związku Radzieckim, choć jego muzyka nawiązuje do polskiej kultury. Napisał m.in. VIII Symfonię "Kwiaty Polskie" do słów wierszy Juliana Tuwima. Ostatnio K. Brochocka i K. Kowal wydali na nowej płycie po raz pierwszy Sonatę op.108 na kontrabas solo. Sama Brochocka jest kompozytorką pozostałych utworów powstających pod niewątpliwym wpływem Wajnberga.




Co prawda oba moje odkrycia nie są postaciami zupełnie nieznanymi na arenie międzynarodowej, nie są to postaci zapomniane jak przed XIX wiekiem jak całkowicie zapomniany był Jan Sebastian Bach przed odkryciami Mendelssohna. Ale ja nie jestem jeszcze Faustem. Dopiero zaczynam zagłębianie się w świat sztuki, który wydaje się nie mieć żadnych granic. Tyle jeszcze filmów do obejrzenia, ludzi do poznania, książek do przeczytania... a wynikających z nich inspiracji jeszcze do sześcianu tyle. To dobrze, że wszystko już było. Ze wszystkiego może powstać nieskończona ilość dalszych działań. Wszystko - to nieskończoność. 







poniedziałek, 25 maja 2015

Kamila Straszyńska - Tango z Edkiem z różą w zębach


 
Dopiero co świętowaliśmy 25 - lecie polskiej wolności - istotnie jest to dla nas niepodważalna data przełomu w polityce, gospodarce etc.  Oczywistym jest, że był to ogromny krok do przodu, a rzeczywistość poprzedniej epoki dla współczesnej młodzieży jest równie niewyobrażalna co przeniesienie się do realiów filmu science -fiction. Osobiście często nawet narzekam, że na półkach w sklepie jest zbyt wiele i nie jestem w stanie się zdecydować, ale sytuacja odwrotna to już kompletna abstrakcja. Co jednak z aspektem ludzkim? Przejrzyjmy się w literaturze.

Taki Mrożek - niezwykły pan o nieprzeciętnym zmyśle obserwacji. Pisał karykatury, satyry, pamflety - wszystko, w czym można obśmiać słabość człowieka - już od 20 roku życia po sam kres życia. Jako młodzieniaszek zafascynował się komunizmem, z czego szybko się wycofał. Co za typowy szczeniak z wrodzoną skłonnością do jakiejkolwiek rewolucji! Czyż dzisiejsi miłośnicy radykalnych poglądów czymś się od niego różnią? Otóż tenże młodzieniaszek dzięki zawiedzonej miłości do komunizmu potrafił przyglądać się od tamtej pory wszystkim zjawiskom i ludzkim cechom z obiektywnej perspektywy. I to chyba jest klucz do jego sukcesu. Był w stanie opisać każdego przez pryzmat krzywego zwierciadła, doprowadzając do tego, że w jednym momencie śmiejemy się z samych siebie i naszego totalnego przeciwieństwa. Efekt dystansu też z pewnością wzmocniła wieloletnia emigracja, przez którą pozbawiony poczucia zadomowienia, mógł z większą śmiałością wchodzić w polemikę z największymi polskimi mitami - romantycznym i martyrologii związanej z II wojną światową. Czyż nie z tym polemizujemy i my?
 
Portret Polaka namalowany przez Mrożka to nie tylko satyra na ówczesną szarą rzeczywistość. To także autoportret całego pokolenia ludzi obarczonych podobnym bagażem doświadczeń. Od parodii dziennikarskich telegramów, przez mniej lub bardziej psychologiczne dramaty i opowiadania, aż do polemicznych esejów, jego teksty były przesiąknięte głęboką krytyką społecznych i charakterologicznych ułomności Polaków. I gdy czytam je teraz - widzę odbicie tych samych ludzi, którzy otaczają mnie dzisiaj. Ta aktualność być może nie zaskakuje aż tak bardzo, gdy uświadomimy sobie, że  transformacja nastąpiła dopiero co i dla większej części obywateli tamte czasy nie są bynajmniej obce. Tym bardziej wartościowa jest lektura twórczości chociażby Mrożka (ale także Gombrowicza czy Różewicza) w kształtowaniu nowoczesnej, młodej tożsamości narodowej.
 
 

niedziela, 3 maja 2015

Kamila Straszyńska - oczy




We wrześniu zeszłego roku byłam na najlepszej wystawie na świecie. Nie wiem, czy tak ją oficjalnie nazwano, ale z pewnością wielu podziela moje zdanie. Wystawa w Museo del Prado - El Greco y la pintura moderna, czyli słowem, co ma malarstwo współczesne do El Greca. Okazuje się, że zaskakująco wiele! Kurator wystawy przedstawia bezpośrednie inspiracje malarstwem Dominikosa Theotokopulosa u takich artystów jak Pablo Picasso, Amedeo Modigliani czy Jackson Pollock. Obrazy dawnego mistrza i twórców XX wieku wiszą blisko siebie, dzięki czemu korespondencja między nimi jest naprawdę wyraźnie widoczna. Nie tylko historycy sztuki mogą zachwycić się geniuszem tych zestawień. Każdy, kto ma choć trochę wrażliwości, zobaczy niezwykłą moc w dziełach pokazywanych w ramach tej wystawy.

Przyznam, że wiele wakacyjnych godzin spędzam w muzealnych korytarzach i zazwyczaj wychodzę z nich strasznie zmęczona. Mnogość obrazów, niekończące się sale, Tycjan koło Rafaela, Caravaggio koło de la Toura - kondensacja wrażeń pomnożona przez zmęczenie nóg od całodniowego łażenia i nieznośny ból ramienia od wiszącej torby, sprawia, że czasem już nie mogę wytrzymać i dokonuję spektakularnej ucieczki z muzeum. W przypadku wystawy o El Greco stało się odwrotnie. Wychodząc z ostatniej sali byłam strasznie nieszczęśliwa, że to już koniec. Podejrzewam, że coś takiego nigdy się już nie powtórzy.

W warszawskim Muzeum Narodowym wczoraj skończyła się wystawa dzieł Olgi Boznańskiej. Dostrzegłam w niej pewne podobieństwa do mojej "wystawy idealnej" z Prado, właśnie w umiejętności zestawień obrazów głównej bohaterki z kontekstami, dzięki którym inaczej patrzy się na inspirację malarza. Olga Boznańska zachwyca nietypową grą z formą. Patrząc na kolejne i kolejne obrazy zdaje się jakby artystka bawiła się coraz to nowszymi technikami i pokazywała "patrzcie, tak też umiem". W pierwszej sali z portretami Boznańskiej wisiał też portret Diego Velazqueza. W dziełach barokowego mistrza szczegół jest nieraz tak namalowany, że z bliska wydaje się kompletnie niewyraźny, ale z daleka wygląda na niezwykle precyzyjny. Taki sam zabieg stosuje Boznańska malując place, chryzantemy, czy oczy.


No właśnie - oczy. Właśnie w nich kryje się geniusz Boznańskiej. Specjalistka od portretów całą duszę modela potrafi pokazać w jego oczach. Jego emocje, charakter, a nawet historię. Słynna dziewczynka trzymająca chryzantemy zachwyca odbiorcę swoim maślanym wręcz spojrzeniem. Głębokimi, czarnymi oczami, po których rozpoznaje się ją także na innych obrazach. Boznańska zaczyna od oczu i z nich czyni główny punkt obrazu. Dlatego nie postrzega się jej jako impresjonistki - skłonność do oddania psychologii modela całkowicie kłóci się z założeniem uchwycenia chwilowego wrażenia, impresji.


Oprócz grania z formą i psychologizowania portretów, twórczość Olgi Boznańskiej wyróżnia się jeszcze jednym czynnikiem - nietuzinkowym podejściem do szarości. Wspominana Dziewczynka z chryzantemami zawsze sprawia problem przy opisywaniu jej z reprodukcji, bowiem żadna z nich nie oddaje dobrze jej oryginalnego koloru. Nieraz jest on do tego stopnia zaburzony, że nie wiadomo czy zastosowano paletę ciepłą czy zimną. Dopiero obcowanie z oryginałem pozwala zobaczyć subtelną grę półcienia, delikatne zróżnicowanie szarości i tę niezwykłą barwę włosów dziewczynki.




Stąd płynie też moja refleksja: Niewiele jest na świecie takich wystaw, które zapierają dech w piersiach same z siebie - poprzez wybór najlepszych obrazów najlepszych malarzy i połączenie ich w doskonałych proporcjach. Żeby móc prawdziwie docenić kunszt malarski danego artysty, niezbędne jest zaplecze w postaci znajomości kontekstu - jego życia, jego inspiracji, jego techniki. Przyznaję, że sama długo podchodziłam do oglądania obrazów jako estetycznej przyjemności. Dlatego też zupełnie nie doceniałam sztuki współczesnej - kilka kresek i kropek, albo jeszcze lepiej - czarny kwadrat na białym tle. I to ma być sztuka? Jednak gdy człowiek pozna kontekst, to nagle ten czarny kwadrat staje się genialnym dziełem. (I takim jest w moim przekonaniu). Wtedy obcowanie ze sztukami pięknymi (najlepiej z oryginałami) nabiera sensu i staje się nieprawdopodobnie otwierającym głowę doświadczeniem.


wtorek, 28 kwietnia 2015

Kamila Straszyńska - zburzony piedestał


wokół "Prawdy i fałszu" Davida Mameta


Ostatnio zadałam sobie pytanie: po co chodzisz do teatru?  Okazuje się, że odpowiedź w ogóle nie jest oczywista, wręcz wcale nie nasuwa się na myśl. Szczerze mówiąc - nie wiem po co idę do teatru. Jest to dla mnie naturalne, robię to od zawsze, moi rodzice zabierali mnie ze sobą do opery jak nie mieli co ze mną zrobić - tak, jak każdy rodzic czasem bierze swoje dzieci do pracy. Gdy idzie o przedstawienia dramatyczne, sytuacja też wydaje się raczej naturalna, bo od przedszkola większość dzieci obcuje z teatrem.  Lepszym lub gorszym, ale w ogóle jakimś. Zatem przeżycie teatralne wydaje się czymś... podstawowym, bliskim i naturalnym.

Mimo tej konstatacji ciągle męczyło mnie pytanie: po co? Już wiem, że robię to niejako z przyzwyczajenia, ale skoro związki z zasiedzenia są czymś złym, to może warto przeanalizować też stare nawyki? Odpowiedź pierwsza: dla rozrywki. Jeśli idę na komedię, jest to rozrywka rozumiana wprost. Jeśli na tragedię - sprawa jest bardziej skomplikowana, ale mimo wszystko, obcowanie ze sztuką sprawia mi przyjemność. Czyli jasne -  dla przyjemności. 

Odpowiedź druga: dla przeżycia. To jest chyba najważniejsze, żeby kontakt ze sztuką dawał jakieś przeżycie. Ale gdy przypomnę sobie swoje refleksje po spektaklach, które ostatnio widziałam, dochodzę do wniosku, że więcej emocji wzbudzają we mnie filmy z lat 60./70. Współczesny teatr rzadko ma oblicze zwykłego człowieka. Nie przeciętniaka, tylko normalnego człowieka. Ja jako ja zupełnie się z nim nie utożsamiam. Nie dotyka moich problemów. W sumie prawie już nie istnieje kategoria katharsis. Osobiście zdarzyło mi się w teatrze tylko raz w życiu. Pozostałe przedstawienia były albo obce, albo zbyt słabo oddziałujące.

Odpowiedź trzecia: dla poszerzania horyzontów. Przy moich planach na życie zdobywanie jak najszerszego oglądu na sztukę teatralną jest absolutną podstawą. Filmy też oglądamy przecież jednocześnie dla przyjemności i dla podglądania trafnych rozwiązań reżyserskich, genialnych kreacji aktorskich. No właśnie - kreacje aktorskie. Przy nich pojawia się kolejne pytanie: na ile jako widz chce poznać treść sztuki, a na ile zachwycić się sztuką aktorską. Idę na dramat czy na aktora? Wiadomo, że w teatrze jedno nie istnieje bez drugiego. (W dobrym teatrze, oczywiście). Nie mówię, rzecz jasna, o wchodzeniu na 6 piętro dla nazwisk - tę kwestię pozwolę sobie całkowicie ominąć.

David Mamet mówi, że zadaniem aktora jest przekazanie treści sztuki. Koniec. David Mamet mówi również bardzo dużo innych rzeczy, ale ten wątek wydaje mi się najbardziej interesujący przy rozważaniu mojego zalatującego egzystencjalną rozterką pytania.  Co z całą kreacją aktorską, co z budowaniem roli i psychologią postaci? Na co te długie próby służące wchodzeniu w bohatera coraz głębiej i głębiej? Co wreszcie z aktorami, którzy tracą zmysły, przez zbytnie zaangażowanie w fikcyjne życie? Gdzie w zdaniu: zadaniem aktora jest przekazanie treści sztuki zmieścić cały aktorski mit? Może tego mitu... nie ma?

Aktorzy stali się idolami mas mniej więcej od XX wieku. W Warszawie czasów Wokulskiego główną atrakcją na ulicy Miodowej nie było Collegium Nobilium i PWST, tylko sąd i pracujący w nim prawnicy. Oszalałe (na XIX-wieczny sposób) nastolatki wyczekiwały pod bramą dzisiejszego Ministerstwa Zdrowia na swoich idoli - mecenasów i adwokatów. Przystojnych, eleganckich, umiejących się wysłowić i do tego działających w słusznej sprawie. A przecież teatr nie był wtedy sztuką wyklętą lub zapomnianą, a zawód aktora istniał i nie był w pogardzie. Nie mówimy tu o średniowieczu.

Zatem co zrobić z mitem aktora? Każdy, kto dysponuje jakąkolwiek wrażliwością, nie powie, że aktor to tylko nagłośnienie dla myśli dramatopisarza. (Szczególnie żaden widz XXI-wiecznego teatru, widzący z jaką pogardą dla tekstu tworzą spektakle współcześni reżyserzy.) W końcu aktorstwo to trudna sztuka, wymagająca głębokiego poznania samego siebie i odwagi, żeby odsłonić się przed publicznością. Wielka umiejętność rozumienia drugiego człowieka. Ale powiedzmy sobie szczerze - czy oglądając przedstawienie, widzimy całe zaplecze psychologiczne postaci omówione przez artystów na próbach? Czy ostatecznie nie widzimy wcielenia bohatera stworzonego przez dramaturga? Z papieru na deski sceny. To z pewnością zależy po pierwsze od aktora, którego obserwujemy. Ale całej teorii skrytej za nim, chyba nawet najlepszy nie potrafi zagrać. W końcu odbiór danej roli to zbiór naszych wrażeń, a nie tego, co myśli w tej chwili aktor. Jeden może wiedzieć wszystko o historii i motywacjach bohatera, a innemu wystarczy odpowiedź na pytanie czy lubi tego drugiego, czy nie.

Nie chcę stawiać żadnych ostatecznych wniosków. Tylko zastanawiam się na papierze. Ciekawe może być jednak spostrzeżenie, że w czasie debaty w Akademii Teatralnej na temat książki Mameta, tylko osoby, które nie są zawodowymi aktorami w ogóle próbowały zrozumieć intencję autora. Profesorowie aktorzy "robili łaskę" Mametowi, że w ogóle o nim rozmawiają. No tak, nie lubią go, bo chce im zburzyć ich piedestał.

Warto dodać, że David Mamet jest dramaturgiem i reżyserem. Z jego tezy wynika, że najważniejszym tworzywem teatru jest tekst dramatyczny - co nie jest żadną nowością. Być może cofa on rozwój teatru, a być może chce tylko trochę zdrowego rozsądku? A może chce sobie zbudować pomnik z dawnych pomników aktorów.

Wracając do meritum - po co w końcu idę do tego teatru? Nie mam zielonego pojęcia. Idę, bo lubię. 


sobota, 28 marca 2015

Kamila Straszyńska - ptak i wąż / na międzynarodowy dzień teatru







Coś wisi w powietrzu. I to w atmosferze wokół całego świata, bo tknęło zarówno Amerykanów jak i Francuzów (a może i kogoś więcej, ale o tym nie wiemy).  Twórcy kina jednocześnie składają swego rodzaju hołd teatrowi. Dwa filmy, powstałe w niedalekim odstępie czasowym, poddają wnikliwej analizie psychologicznej aktora - artystę: mechanizm budowania roli, powolne wchodzenie w skórę postaci i późniejsze konsekwencje tego zlania się w jedno dwóch osobowości. Zarówno "Birdman" jak i "Sils Maria" utrzymują widza w intelektualnym klimacie filozoficznej refleksji nad samym sobą wobec sztuki.

Oba filmy za głównych bohaterów mają aktorów w średnim wieku, których wciąż prześladuje demon przeszłości i tragiczna świadomość upływającego czasu. Dla obojga z nich dawna świetność jest czymś, co daje im punkt wyjścia dla postrzegania siebie. W przypadku "Birdmana", Riggan Thompson (genialny Michael Keaton) próbuje zbudować swoją pozycję artystyczną na nowo, w oderwaniu od wizerunku superbohatera, którego zagrał w młodości. Wystawia zatem na Broadwayu ambitną sztukę  Raymonda Carvera  "O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości". Z kolei bohaterka "Sils Maria" - Maria Enders  (również wspaniała Juliette Binoche),  która zasłynęła rolą młodej Sigrid w dramacie "Wąż z Maloja", teraz ma wcielić się w starszą i słabszą Helenę z tego samego tekstu.

Oprócz podskórnego przekazu te filmy różnią się w zasadzie wszystkim. "Birdman" jest arcydziełem sztuki filmowej pod względem gry z konwencją -  2 godziny prawie bez cięć, zabawa zatrzymywaniem czasu, muzyką, montażem scen. Widz może się nawet zgubić co się wydarzyło, a co było tylko projekcją myśli bohaterów. "Sils Maria" pod tym względem jest znacznie bardziej zachowawczym filmem. Długie ujęcia, klasyczna struktura, dużo ujęć widoków - to wszystko stanowi tło dla świetnie napisanych dialogów wchodzących głęboko w psychologię postaci. Poziom aktorski obu filmów jest równie wysoki, chociaż role drugoplanowe w "Bridmanie" (Emma Stone, Edward Norton) są bardziej pełnokrwiste i interesujące, niż całkiem niezła jak na dotychczasowe popisy Kristen Stewart. (Uważam za absurdalne stwierdzenie, że przyćmiewa ona Juliette Binoche). Wrócę jednak do meritum - podskórny przekaz.

"Birdman" w całości rozgrywa się w teatrze, "Sils Maria" krąży przede wszystkim wokół teatru. Gdyby w kinie nie pokazywano innych filmów, można by dojść do tego, że kamera służy dziś głównie do opowiadania o wyższej sztuce, jaką jest teatr. Aktor w teatrze jest wszystkim, więc i daje z siebie wszystko - nie tylko w sensie zaangażowania czasowego, lecz i poświęcenia całej duszy i umysłu. Film może pokazać dosłownie zjawiska nadprzyrodzone, ma do tego środki w postaci efektów specjalnych. Teatr jest ich pozbawiony. Jest jednak z samej swojej istoty sferą magiczną. W teatrze zaczynamy dajemy sobą z własnej woli manipulować, zgadzając się jako widzowie na całkowitą umowność. Ktoś młody może być kimś starym, kobieta może być mężczyzną, dorosły może być dzieckiem, a kawałek patyka może być drzewem. Zgadzamy się na to, ale tylko na czas przedstawienia. Oddajemy widowisku nasze poczucie rzeczywistości, co jest przecież sprzeczne z naszą naturą. Może być nawet niebezpieczne (na co wskazują długie dzieje nienawiści do teatru). To swego rodzaju popadanie w szaleństwo, ale tylko na chwilę. To, czego doznajemy w teatrze jest nieopisywalne, samo przedstawienie jest przecież ulotne - za każdym razem inne. Film raz nakręcony, pozostaje taki sam dla wszystkich następnych pokoleń. I w takiej niezmiennej formie opowiedzieli nam o tym twórcy "Birdmana" i "Sils Maria", pokazując jak wielka jest moc teatru i jak potężne jest jej oddziaływanie na artystów. Rola teatralna kradnie im jakiś skrawek duszy. Do aktu jego oddania muszą się starannie przygotować. Teatr zachłannie wciąga swoich twórców.

Dajmy się wciągnąć.

piątek, 27 marca 2015

Anna Kozłowska - O teatrze i aktorstwie w filmach

W Dzień Teatru spoglądam na historię i kina i wybieram 12 filmów, które w istotny sposób opowiadają o teatrze i aktorskich zmaganiach. Wszystkie świetne!


Tootsie, reż. Sidney Pollack
O pasji. Czyli o tym, że aktor pasjonat zagra wszystko poświęcając wszystko. O niezgodzie na fałsz i hipokryzję. Oraz oczywiście aktorskie fajerwerki w wykonaniu Dustina Hoffmana! Po tym filmie nikt już nie miał wątpliwości, że może zagrać pomidora i wszystkie inne warzywa, o czym świadczy słynna rozmowa z agentem: https://www.youtube.com/watch?v=BnHqiipcw6g


Aktorzy prowincjonalni, reż. Agnieszka Holland 
O teatrze. Dotkliwie i mądrze, czyli jak zawsze u Agnieszki Holland. O zmaganiach z tekstem, reżyserem, aktorami, okolicznościami i przede wszystkim z samym sobą. O przyzwoitości i łamaniu moralnych kręgosłupów. Nie tylko na prowincji i nie tylko w czasach PRL-u – o czym świadczy choćby ta rozmowa: https://www.youtube.com/watch?v=IBEjsFPDE3k


Wszystko o Ewie, reż. Joseph L. Mankiewicz
O tym, jaki to okrutny zawód dla aktorek. Tyle energii, trudu, upokorzeń, poświęceń, żeby wspiąć się na szczyt. I tylko po to, by natychmiast poczuć na plecach oddech konkurencji, młodszej i bardziej pożądanej. I wspaniała Bette Davis, która to wszystko dotkliwie rozumie, gdy na scenę wkracza aspirująca Marylin Monroe: https://www.youtube.com/watch?v=Y-V-00ryWnU



 
Strzały na Broadwayu, reż. Woody Allen
O nieznośnej egzaltacji aktorów (bez której nie byliby aktorami), o frustracji z powodu braku talentu oraz o tragicznych skutkach gdy na scenę wdziera się ambitna kochanka producenta, który nigdy w życiu nie był w teatrze. Kto choć raz obejrzał film pamięta z pewnością cudowne : „don’t speak!”, więc poniżej dla przypomnienia Dianne West w oscarowej kwestii: https://www.youtube.com/watch?v=r-yGbi0ycss&list=PL6leCFUlI8qLuo7OSL4B0m-e_zKdpmqAf 


Mefisto, reż. Istvan Szabo
O niebezpiecznych związkach artysty z władzą. O manipulacji władzy i rozbuchanej młodzieńczej ambicji. O tym, jak łatwo stać się marionetką propagandy. I o tym, że takie spotkania nigdy nie mają szczęśliwych zakończeń. I wyśmienity Karol Maria Brandauer! Poniżej zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=TdWCrJmaXzI
Bulwar Zachodzącego Słońca, reż. Billy Wilder
O porażającej sile przywiązania do bycia podziwianą przez publiczność. O aktorskiej magii z czasów, gdy czarowała Gloria Swanson. Arcydzieło. Poniżej link do ostatniej sceny filmu, gdy pada najsłynniejsza kwestia filmu: "I'm ready for my close-up...": https://www.youtube.com/watch?v=SA9lFsiut2Q


Hallo Szpicbródka, reż. Mieczysław Jahoda, Janusz Rzeszewski
O tym, jak zrobić spektakl (przedwojenną rewię), zwłaszcza gdy ma się duuuużo pieniędzy. O schodach, roztańczonych nogach Ireny Kwiatkowskiej, pięknych oczach Gabrieli Kownackiej i magnetycznym wdzięku Piotra Fronczewskiego. Cudowne! https://www.youtube.com/watch?v=jJjzbq0LNcI

  Zakochany Szekspir, reż. John Madden

O zakochaniu, czyli o tym, że bez miłości nie ma sztuki. O twórczej niemocy, artystycznej zazdrości, wyzwalanej kreatywności i brakach funduszy na twórczość. Błyskotliwe, zabawne, ironiczne, sprytne. Im lepiej zna się sztuki Szekspira tym większa rozkosz oglądania.  https://www.youtube.com/watch?v=i3Zi2N1Q8-Y

Ostatnie metro, reż. François Truffaut
O ratowaniu teatru i życia. O teatrze w Paryżu pod okupacją, czyli o wszystkich pracownikach teatru w sytuacji ekstremalnej. O postawach moralnych, wyborach i robieniu sztuki, mimo, że trzeba reżyserować z ukrycia. Plus Catherine Deneuve i Gerard Depardieu. Zwiastun poniżej: https://www.youtube.com/watch?v=BG1Rm9ip4Es


Czego nie widać, reż. Peter Bogdanovich
O kulisach teatru. O kłótniach, rozterkach, zdradach, rozbujanych emocjach i za dużej ilości drzwi. O tym, jak trudno ze sobą wytrzymać na próbach, jak trudno przeżyć premierę i każdy kolejny spektakl. I o gotowości brawurowego ratowania spektaklu, mimo że wali się wszystko… Ach i te zapasy artystycznych ego na próbach: https://www.youtube.com/watch?v=zjkRw2GAxRo


Birdman, reż. Alejandro González Iñárritu
O kosztach uprawiania tego zawodu, zarówno uprawianego z sukcesem jak i bez. O konsekwencjach zaszufladkowania i o lęku przed ryzykiem. O stale rozkołysanych emocjach, które wciąż jak na rollercoasterze. I o nadwrażliwych końcówkach nerwowych. O mocy i niemocy jednocześnie. Arcyprzysmak dla ludzi teatru. https://www.youtube.com/watch?v=8wM86-LAItg




Garderobiany, reż. Peter Yates
O aktorstwie. O wielkości i śmieszności. O miłości do teatru. O przyjaźni i wierności. Wesoło i wzruszająco. Przenikliwie o istocie sztuki teatralnej. I Albert Finney szarżuje jak na wielkiego aktora w wielkiej roli przystało! https://www.youtube.com/watch?v=MDkMB9Y_4nk