środa, 28 października 2026

Lena Wróblewska - Muzyczna gorzkość


Stoję na wietrznym przystanku w oczekiwaniu na mój warszawski rydwan. Rydwan słońca, chciałoby się powiedzieć, ale pogoda raczej humorzasta. Wpatruję się w śmigające bryczki, wsłuchuję w tętent samochodów. Jesienna bezwiedność ogrania mnie po koniuszki palców. Chcąc spotęgować sezonowe przeczucia, wkładam do uszu bezprzewodowe udźwiękowienie. Dowiaduję się, że ,,Jestem tylko przechodniem”. Coś w tym jest. 

 

Muzyka potrafi przenikać mnie na wskroś. Z natury koncentruję się bardziej na melodii niż na słowach, więc to nuty oddają mi to, co niewysławialne (a jednak piszę zamiast komponować). To i układam w głowie liryczne pojęcie gorzkości. Tego posmaku, który buzuje w piosenkach Raz dwa trzy, Marka Grechuty, Grzegorza Turnaua czy Kultu. U każdego po trochu i nigdzie równo, ale to polska scena najlepiej potrafi rozlać po ciele hipokratesową ,,czarną żółć”.


Chodzi mi o te zardzewiałe struny w gitarze. Czarną, ulubioną kawę, która mnie nieco wykrzywia. Przemokłe liście, na których się ślizgam, pogniecione spodnie, w których się prezentuję. Zaduch skropiony na szybie autobusu. Wszystko co łączy w sobie codzienną akceptację nieporządku: przyjemne uwieranie słuchawki, czuła gula w gardle, obciążnik na sercu. Nie znając się na instrumentach, materializuję ich dźwięki. Filtruję drogę na uczelnię przez rytm, rym i rozedrganie. Szorstkość akordów pozwala mi ,,Ocalić od zapomnienia”. Uratować dogłębność świata.


Dlaczego cierpkość tańczy pod polskimi nazwiskami? Gorycz mamy we krwi. Może to przez nasze metafizyczne usposobienie, albo klimat umiarkowany ciepły przejściowy, ale przelewa się w żyłach. Umie wyrazić żal, niezgodę i bunt. Wyciszenie, ulgę i nadzieję. Myslovitz koi mnie, bo szarpie i sprzecza.


Otulam się akustyczną szarością, w której mieni się wiele barw. Dopada mnie, gdy słyszę struny w syku tramwajów lub werble warkotliwego samochodu. Mrowi. Rozprasza cząsteczki, gdy analizuję rozkład jazdy, poszukuję swojego numeru, wyczekuję ciepłego siedzenia. Sęk w tym, że nie chcę czekać na wiosnę. Mój rozkwit przypada na zimę.



 

niedziela, 18 października 2026

Szymon Karbowy - Post-kryminał Machulskiego

 

Znam ten salon. Znam i lokatorów, choć imion nie pamiętam. Banda ekscentryków – tak paradoksalnie swojskich. Już nasłuchuję wystrzału…

Z telewizyjną (jak i, dzięki Bogu, żywą) kobrą dotychczas nie miałem styczności. Niemniej doskonale odnajduję się w świecie „Wnuczki Picassa”. Zasiedlają go więźniowie archetypów – powołani do życia, by podczas wystawnych przyjęć zabijać i padać ofiarą zabójstw. Ciekawią przejawy samouświadomienia skumulowane w ostatnim akcie. Pojęcie świata „zza kurtyny” nie prowadzi tu do egzystencjalnego rozpadu, postacie zdają się akceptować byt na potrzebę dramatu i rozumieć rządzące nim reguły. Temat wart eksploracji. W końcu bohaterowie kryminałów zapewne… sami czytują powieści detektywistyczne.

Nie uświadczymy spektakularnego odkrycia tożsamości sprawcy. Tej domyślić można się już po strukturze narracji. Podążamy za Sonią, niepozorną outsiderką – w istocie mistrzynią gry pozorów. Raz pokojówką, raz panią domu… Niespójności między kolejnymi scenami rozbudzają uwagę, prowokują próby wyłuskania prawdy – odbieramy zatem na zasadzie niemal bliźniaczej z szablonowym „murder mystery”.

Klimat jest zgoła pogodniejszy, zbrodnicza natura nie rzutuje na lekkość wydarzenia, a i jest się z czego pośmiać! Obsada gra zespołowo, nikt nie morduje się o pierwsze skrzypce. Brak ku temu powodu – partytura mieści w sobie doskonałe partie solowe. Skoro o muzyce mowa, ta również potrafi być… dowcipna. Punktuje ucieczki zakompleksionych elit we wszystkie strony świata przez wplecenie w melodie motywów egzotycznych. Wystarczy wspomnieć brzdęk gitarek akompaniujący piciu iberyjskiego szampana. Zabieg o tyle genialny, iż rzeczony alkohol okaże się dla intrygi kluczowy…

Wystrzał zaskoczy nawet gatunkowych wyjadaczy. To forma świeża i przewrotna. Kunszt Juliusza Machulskiego na największej scenie świata. 

Wnuczka Picassa, reż. J. Machulski, Teatr Telewizji, 2026

Logo „Kobry” autorstwa Eryka Lipińskiego. Fot. materiały prasowe

wtorek, 13 października 2026

Lena Wróblewska - W poszukiwaniu straconych widokówek

 



Nie lubię zwiedzania. Odhaczania jednej atrakcji, drugiej i setnej, zdjęcia pod rzeźbą, pod innym kątem, na Instagrama. Biegu między obcymi uliczkami, zamazanymi twarzami, gołosłownymi dźwiękami. Łapczywego kroku i hardego wzroku. Ale kocham podróżować. Rejestrować swoją obecność przez stykanie się z miejscami, ludźmi i ciszą. Wsłuchiwania się w jej hałaśliwość. Ta nieco pretensjonalna refleksja wypłynęła ze mnie, ale wrażliwe odkrywanie świata opisał Jarosław Mikołajewski.

Na pierwszą wyprawę z Jarosławem Mikołajewskim otrzymuję ,,Marsalę”. To zaszczytne, ale dość nieoczywiste najpierw zobaczyć poetę, a potem jego słowa. Poprosić o podpis na czystej karcie doświadczeń. Wracając wieczornym pociągiem, zaczynam od notki z tyłu, określanej w internetowej nowomowie jako blurb. Interpretacja wersu Julii Hartwig niebieską, cieniutką czcionką. Oniemiałam.

Śledzę sycylijskie rozważania z zapartym tchem. Nietypowość reportażu, gatunkowe odchylenia w stronę poezji. Podchodzi mi to. Nie wyprę się swego romansu z liryką i przyznam, że lubię tak odbierać świat. Poezja to okulary, nie tylko różowe, ale jednak kolorujące rzeczywistość.

Prześlizguję się przez migotliwe tytuły rozdziałów, oddające chwilowość wybieranych do nich wspomnień. Honorują momenty zadumy nad łodzią. Nadal pływa we mnie wiersz o ,,cmentarzysku kutrów”, który kołysze żal porzuconych statków i ich podobieństwo do ludzi. To manifest naszej strategicznej gry na kartce: dojrzeć wartość w niepozornej widokówce. Przykleić znaczek na ślinę, wypisać dane szuflady, skreślić, napisać adres nieznanej czerwonej skrzyneczki. Słowa docierają do czytelnika.

Uwrażliwiana przez autora wędruję po nieznanym lądzie, który kartka po kartce staje mi się coraz bliższy. Spotykam ludzi mówiących o wyspie słowem lub samym sobą, odkrywam enigmatyczne zakątki ulic, smakuję unoszący się wiatr. Schodzę do studni, zachwycam się mozaiką, a ktoś łapie mnie za uszy. Przewodnik każe mi słuchać bólu niewinnych w Gazie albo w Ukrainie, wszędzie tam, gdzie odbywa się bratobójcza walka. Nie pozwala mi zapomnieć, że wszystko, co widzę, może mieć głębszy sens. Jeśli tego chcę. Jeśli chcę być świadoma konfliktów etnicznych w pobliskiej dzielnicy, rozumieć skalę okrucieństwa mafii, czuć zapach świeżej krwi. Mogę zatrzymać się i wpuścić myśl do głowy. Bo ,,pod tą wyspą jest jeszcze jedna wyspa”. Nasza.

Im bliżej strony 127, tym bardziej czuję niedaleką żałobę. Po chwytaniu istoty świata za pomocą człowieczego języka, zanurzania się w pozornie nieistotne, przyjmowania rzeczywistości z pokorną niezgodą. Będzie mi brakowało tej czułości codzienności. I płynnego przepływu słów, umiejętności na wyginięciu. Flauta.

Chcę pielęgnować Mikołajewskie spojrzenie na świat. Nie jest to łatwe, gdy stąpamy tak nagle, szybko, czarno-biało. Ale do Marsali nie ma drogi bez przesiadki.

-------------------------------

Jarosław Mikołajewski ,,Marsala’’, Wydawnictwo Austeria, 2025.


piątek, 9 października 2026

Sonia Wagner - „Kiedy mnie już nie będzie”


Odkąd zaczęłam studia "Sztuka pisania" zmuszona jestem poniekąd do częstego przyznawania się do pokładów swojej wrażliwości - „Skąd taka decyzja?” „Dlaczego kierunek artystyczny?” „Tosz to jest hobbistyczne, zupełnie bez przyszłości!” „Co takiego tu Panią przywlokło?”

Otóż wrażliwość codzienna. 

Tak sobie skromnie nazywam ten rytuał dnia, ten który wykształcił się już lata temu. Uważność na słowa, co we mnie i wokół mnie. Obserwowanie codziennych sytuacji nie z konieczności, a z ciekawości. Dostrzeganie inspiracji w jej pierwotnym źródle. Do dziś pamiętam moment, w którym się całe to myślenie ugruntowało. Zawdzięczam to zresztą  (tak jak parę innych rzeczy) Pani Magdzie Umer.  

Stałam na Placu Przymierza, na Osieckowej Saskiej Kępie. Padał deszcz, opierałam się o drzwi do klatki schodowej. Tej pomiędzy szewcem a warzywniakiem. Nie spieszyłam się nigdzie, zwyczajnie czekałam na autobus. To wtedy po raz pierwszy w życiu usłyszałam utwór „Czas rozpalić piec”. Jesienna Warszawa stanęła w miejscu, a ja pojęłam czym jest dostrzeganie. Przyrzekłam sobie, że będę doceniać chwile nawet wtedy, gdy brutalna rzeczywistość pozbawi mnie wszystkich zmysłów. Ja będę tę czułość nagłaśniać. Pielęgnować. Ja będę o niej pamiętać. Nie pozwolę tej cząstce przepięknej polskiej kultury umrzeć, dopóki nie umrę ja. Tak zaczęło się pochłanianie wywiadów, znajdowanie połączeń i podobieństw. Umer to Osiecka, Osiecka to Przybora, Przybora to Umer, Umer to Janda, Janda to Łapicki, Łapicki to Zuzanna Łapicka, Zuzanna Łapicka to Olbrychski, Olbrychski to Umer. Otworzyło się przede mną jedno wielkie zakochanie. A ja przesiąkłam tym jak tylko mogłam.

I pamiętam o tym wszystkim szczególnie dziś. Bo po prostu dzień jest dziś szczególny - dziewiątego października urodziła się zarówno Agnieszka Osiecka, jak i Magda Umer. Dwie przyjaciółki, przepiękne i przemądre kobiety, o których pamięć powoli zaczyna się zacierać. Powoli, ale zaczyna. A jest to dla młodego pokolenia tragedia. 

Osiecka poza piosenkami była też kobietą filmu, przez jej ręce przeszły tysiące napisanych listów, a i jej pamiętniki pełne są sarkastycznej iskry i bolesnego przeżywania. Umer, jako niedoszła nauczycielka polskiego, nosiła w sobie ogrom delikatności, ciszy i poszukiwania niebanalności, czułości i prostoty zarazem. Łączyła je przyjaźń niewyobrażalnie piękna, bez której niepotrafiły się o sobie wypowiadać. 

Jeśli czujecie „nadwyraz”, jeśli tworzycie lub doceniacie - zrozumiecie. Jeśli jeszcze nie - one Was tego nauczą. 

Tęsknię przeogromnie, a spotkałam jedynie jedną z nich.


środa, 7 października 2026

Sonia Wagner - Zawsze i wszędzie będę ja przy Tobie


Robię malutki, już ostatni schodkowy krok. Moje pochodzące z najlepszego w Warszawie sklepu galanteryjnego monki niosą mnie do machiny zupełnie mi nieznanej, cylinder poprawiam dwukrotnie. Zważając na moją naukową przeszłość powinnam wiedzieć o tych mechanizmach wszystko. I może i wiem wszystko, a jednak się boję. Wyruszam w nieznane. Stach bał się latać, ja bałam się oglądać nowego Stacha. Lub też nowych Stachów. 

Zeszłej wiosny, gdy przeżywałam drugą już fazę ciągłego pochłaniania „Lalki” Ryszarda Bera, przyśnił mi się Zasławek. I balon ten zabrał mnie bardzo bardzo baaaardzo wysoko. Nigdy wcześniej moja własna głowa nie oczarowała się żadnym światem do tego stopnia. Piszę to zupełnie na poważnie. Opisy wraz z ekranizacjami urzekły mnie do bólu, a ja musiałam ostro główkować, dlaczego to wszystko tak silnie na mnie oddziałuje. Obserwowałam dwa klarowne oblicza. Jedno urokliwe, pełne światła i świeżo wypranych firanek. Drugie jakby wyszeptane, pełne niedopowiedzeń i cichych miłosnych wyznań. Moje przywiązanie do tego pięknego języka, pięknych ludzi i pięknych emocji rzucających mną po pokoju, zdawały się być wyryte na tym cholernym zamkowym kamieniu. Pozostało mi wycierać łzy po każdej dłuższej wypowiedzi Prezesowej, uśmiechać się po cichu gdy Ochocki wspomni swoje samoloty, a przede wszystkim mieć nadzieję, że akurat tym razem Kazia Wąsowska znajdzie w końcu szczęście. Jestem najzwyczajniej w świecie bardzo zżyta z większością Prusowych postaci - bo „Lalkę” kocham. Kocham bezgranicznie. Za ukazanie polskości, za tę moją umiłowaną Warszawę, za każdy rąbek spódnicy, za Ira i ironię. Za głównego bohatera, który cierpi niemiłosiernie, a ja mogę pocierpieć razem z nim. Za moją prywatną, sielską polanę, gdzie trzymam te charaktery, gdzie są bezpieczni i jedzą ciepłe naleśniki. Tam mają na sztućcach wygrawerowane literki SW (Staś ma niebanalne inicjały) a koronkowe parasole robią z twarzy Felicji mozaikę. 

 I tak sobie słodko marzę, gdy na mej polanie rozpoczyna się budowa centrów danych. Czeka mnie „Lalka” Pawła Maślony. Rzecki generuje sobie kalendarz z Marianną, Eliza Orzeszkowa rapuje z Per Dżinnem. Wokulski wgryza się w swojego smash burgera, spluwając soczyście na Kruczą z pokładu swej składanej elektrycznej. Łęcki przegrywa ostatniego vejpika w turnieju flanek. Nie mam zupełnie problemu z tym, że pierwowzór jedynie podtrzymuje prawą nogę stołu twórców - po prostu nie widzę w bohaterach tych moich i to mi przeszkadza. Jeśli zarówno wydarzenia, jak i postaci są diametralnie zmieniane, chciałabym żeby faktycznie zostało to przemyślane po mistrzowsku. Z uśmiechem oglądałam ostatnie odcinki, szkoda tylko, że uśmiech często wywołany był zażenowaniem. Dlaczego to Stawska czy Wąsowska nie mogłyby emancypować się w Bluszczu? Z czego wynika zupełny kretynizm i brak charakteru Rzeckiego? Skoro ktoś tak zgrabnie bawi się wątkami, skąd w scenariuszu tyle niedopracowań, tyle oczywistości i dosłowności? Nie odczułam zabawy twórczej, odczułam odtwórczy netflixowy schemat produkowania zysku. A jak wiadomo…to nie zysk istotą jest handlu, lecz ciągły obrót gotówki…. 

 Na filmie Kawalskiego natomiast płakałam, i to płakałam parokrotnie. I płacz mój bynajmniej nie wynikał z obecności Pani Mai Komorowskiej na ekranie (kłamię). Nie zaśmiewałam się do łez przez konflikt Janda-Seweryn, ani nie unosiłam ze złości wynikającej z używania Ai przez twórców (choć fakt ten jest co najmniej żałosny). Płakałam dlatego, że znów ich zobaczyłam. Scenariusz nie robił krzywdy postaciom, a przybliżał je widzowi. Uczłowieczył ludzi, czego Netflix absolutnie nie robił. I tak jak nie czekały na mnie nowoczesne fajerwerki - nie były mi one potrzebne. Czułam to, co czuły pierwowzory. Dodatkowo w zupełnie innym wydaniu. Leciałam balonem, tyle że nigdy nie pomyślałabym aby z niego wyskoczyć. Czy brakowało mi dyskusji o nas, o dzisiejszym społeczeństwie? Nie, bo czułam, że omawiane jest piękno i sentyment uczuć, które przeminęły i przemijają, i sam ten fakt jest dla mnie wystarczającym komentarzem. Potrzebuję czasem powzdychać do starych czasów, a tym bardziej potrzebuję zobaczyć zakochaną Kalinę Jędrusik, znaczy się Kazię Wąsowską. Film przeniósł mnie z powrotem na moją ukochaną polanę, a do tego dodał do niej ciągle trzymanie pod rękę i jakąś taką ludzką delikatność. I zdałam sobie sprawę, że jej właśnie brakuje mi u Bera. Bo ekranizacja Bera jest bardzo książkowa, Hasa bardzo baśniowa, Kościelniaka przerysowana, Netflixowa bardzo nowoczesna a ta... Bardzo subtelna. Tak mi się przynajmniej wydaje. Emocje wciąż nie opadły, a sentyment zakrył mi w kinie oczy, więc może za parę dni okaże się, że uważam, iż film jest fatalny. Może za 10 lat pokocham Łęcką z jej „chujcem borsuczym”. Może. Wiem jednak, że „Lalkę” kochać będę wiecznie. 

 Pozostało mi więc jedynie opuścić Kino Kultura, rozejrzeć się po Krakowskim i marzyć, ażebym jutro znów obudziła się nieopodal pewnych zamkowych ruin.



poniedziałek, 5 października 2026

Szymon Karbowy - A w filmie polskim?


A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda…

Bejsbolówka na bakier, luzackie dresiwa, decha. Na polskie filmy „o młodych” chadzałem ostatnimi laty, by “pokręcić sobie bekę” z twórców ewidentnie w materii nieuświadomionych. Nie odmawiałem im zmysłu autoironii, świadom istnienia obrazów traktujących temat całkiem serio. Nieszczególnie garnąłem się jednak do poszukiwań…

Czy mam problem z rodzimym kinem? Ze współczesnym – sentyment jakże bezpieczny, bo zdaje się i powszechny. Omija zgrabnie twórców okrytych legendą, zaś przed oczami stawia co najgorsze: uwłaczające inteligencji komedyjki romantyczne czy aspirujące do amerykańskości filmy klasy z. Zgodzimy się jednak, że wyżej wymienionych nie sposób uznać za zbiór przekrojowy. Współczesność ponadto jest terminem elastycznym. Granicę można przesuwać wedle własnego gustu, a wszelkie wyjątki potwierdzają tylko regułę – wszak są kroplą w morzu nadprodukowanych corocznie obrazów. Spróbowałby kto zaoponować… Tak sobie o polskim kinie myślałem, niestrapiony grzechem swej ignorancji. Tegoroczna wizyta na gdyńskim festiwalu skłoniła mnie do rachunku sumienia.

„Fluidy” Marii Wider to opowieść subtelna i czuła. Nieśpieszna, lecz naładowana dramaturgicznie. Rodzeństwo – wchodząca w dorosłość Nina i nieco młodsze, niebinarne Miki – zderza się z gamą życiowych szarości na tle skąpanych w słońcu Mazur. Reżyserka z lekkością oddaje inicjatywę bohaterom, pozwala im popełniać błędy, buntować przeciw zastanemu, w końcu dochodzić do wniosków, zdaje się całkiem niewymuszonych – pozbawionych ciężaru komentarza odautorskiego. Oto film o młodych, dla młodych, pod którym mogę się podpisać, a pewnie umknąłby mi, gdyby nie… rodzimy festiwal poświęcony kinu współczesnemu.

Łatwo zatrzymać się na najgłośniejszym, także poddając krytyce. Warto przeszukiwać peryferie sfery kulturalnego komfortu, a może przyjdzie nam zakwestionować utarte sentymenty.


niedziela, 4 października 2026

Lena Wróblewska - Między matką a córką

                                          


Do teatru chodzi się, aby wyłuskać siebie. Wstać z widowni cięższym o myśl,a lżejszym o emocje. Podając bilet, już zastanawiasz się, czego o sobie się dowiesz, w jakie nowe rejony wyruszysz. Chcesz odczytać własne imię w czyjejś historii, osadzić się w miękkim fotelu cudzości. Bo tragedia zaczyna trwożyć dopiero wtedy, kiedy odnajdujesz w niej siebie.


To moje minimum oczekiwań wobec spektaklu, równowartość miejsca w głowie i na języku. Kiedy jednak przedstawienie łapie mnie za nogi i zaciąga emocjonalnie na scenę, pozostaje również w sercu. Gdy czuję, że znam te słowa, te sytuacje, że ten mikrokosmos jest także mój. Tegoroczny sezon teatralny zaczęłam właśnie tak.


Stacja Warszawa Śródmieście. Teatr Dramatyczny im. Gustawa Holoubka. Plakat ,,Krótkiego spektaklu o matce i córce”, czwarte piętro, Mała Scena. Miejsca nienumerowane, obecność zapisana. Dwie aktorki, w tym jedna dramatopisarka i reżyserka wydarzenia. Multiinstrumentalistka wykonująca muzykę na żywo i robot sprzątający z głosem z offu. Sceniczny salon jak w soczewce odbije jedną z najtrudniejszych, a zarazem najbardziej pierwotnych relacji - relację córki z matką. Zahaczy o kobiecość, samoświadomość, bliskość i miłość. Nadmieni o dojrzewaniu, zawstydzeniu, strachu i nienawiści. Spróbuje sprowokować, a może skonsternować autotematyczną sceną o cielesności. Otworzy mnie przede mną.


I uchwyci tę skomplikowaną dynamikę, nierzadko skrywaną za kurtyną. Połączenie, które buzuje między dwoma rozkładanymi fotelami na kółkach. Obraz drgający w córce, chcący się wydostać, zaczerpnąć wolności. Postrzeganie matki jako powierniczki skrytych zakochań, kompanki do badmintona czy rywalki o uwagę. Bo mama ma zawsze rację, do niej musi należeć ostatni monolog. Zgarnie nagrodę nie tylko za własne, ale i twoje cierpienie. A jednak córka nie robi z matki potwora. Jest w niej jakaś chęć zrozumienia rodzicielki. Politowanie, wzięcie w Piecie na ręce. Z czułością obnaża atencyjne podskoki w rytm Miss Polonii. Sentymentalna żenada.


,,Kocham cię mamo ale po prostu muszę cię zabić”. Jak pokonać paradoks? Nie zgodzić się z tobą, wyprowadzić się z domu, podjąć własne życie. Pomyśleć, co zrobić z radami i przestrogami, usunąć ze słownika przestarzałe wyrazy i zacząć mówić moimi neologizmami. Co z twoimi ciepłymi ramionami, nieporadnie empatycznymi, ale próbującymi być? Otulającymi frazesami, z którymi nie mam siły dyskutować? Goryczą, bo nie pamiętasz? Pocałuję cię w czółko, powiem do widzenia, wybaczę. Usunę raka, choć go kocham. Chyba nadszedł na to czas. 

Trapi mnie czym pozostanę bez ciebie. Na pewno zbyt wiele uznaję za swoje, zwłaszcza zalet, a są tylko kopiami. Czy cień może egzystować bez słońca? Może i wad ubędzie.


Czuję, że teraz ja biorę klapka w dłoń i wyłączam show. Widzę na sobie wtapiające się w fotel spodnie, obok mnie widzki noszą ten sam wzór. Parę kobiet z połyskującymi koszulami też jest. Rozpoznaję siostrzeństwo po posmarkiwaniu, rechocie czy milczeniu. Wyłuskałyśmy siebie.



,,Krótki spektakl o matce i córce’’ w reżyserii Heleny Urbańskiej, na podstawie autorskiego dramatu „Człowiek, który chce zrozumieć kochanie, czyli miłuj bliźniego swego jak”. Obsada Helena Urbańska i Anita Sokołowska, muzyka Magdalena Sowul. Premiera odbyła się 17 września 2026 w Teatrze Dramatycznym im. Gustawa Holoubka w Warszawie.