piątek, 9 października 2026

Sonia Wagner - „Kiedy mnie już nie będzie”


Odkąd zaczęłam studia "Sztuka pisania" zmuszona jestem poniekąd do częstego przyznawania się do pokładów swojej wrażliwości - „Skąd taka decyzja?” „Dlaczego kierunek artystyczny?” „Tosz to jest hobbistyczne, zupełnie bez przyszłości!” „Co takiego tu Panią przywlokło?”

Otóż wrażliwość codzienna. 

Tak sobie skromnie nazywam ten rytuał dnia, ten który wykształcił się już lata temu. Uważność na słowa, co we mnie i wokół mnie. Obserwowanie codziennych sytuacji nie z konieczności, a z ciekawości. Dostrzeganie inspiracji w jej pierwotnym źródle. Do dziś pamiętam moment, w którym się całe to myślenie ugruntowało. Zawdzięczam to zresztą  (tak jak parę innych rzeczy) Pani Magdzie Umer.  

Stałam na Placu Przymierza, na Osieckowej Saskiej Kępie. Padał deszcz, opierałam się o drzwi do klatki schodowej. Tej pomiędzy szewcem a warzywniakiem. Nie spieszyłam się nigdzie, zwyczajnie czekałam na autobus. To wtedy po raz pierwszy w życiu usłyszałam utwór „Czas rozpalić piec”. Jesienna Warszawa stanęła w miejscu, a ja pojęłam czym jest dostrzeganie. Przyrzekłam sobie, że będę doceniać chwile nawet wtedy, gdy brutalna rzeczywistość pozbawi mnie wszystkich zmysłów. Ja będę tę czułość nagłaśniać. Pielęgnować. Ja będę o niej pamiętać. Nie pozwolę tej cząstce przepięknej polskiej kultury umrzeć, dopóki nie umrę ja. Tak zaczęło się pochłanianie wywiadów, znajdowanie połączeń i podobieństw. Umer to Osiecka, Osiecka to Przybora, Przybora to Umer, Umer to Janda, Janda to Łapicki, Łapicki to Zuzanna Łapicka, Zuzanna Łapicka to Olbrychski, Olbrychski to Umer. Otworzyło się przede mną jedno wielkie zakochanie. A ja przesiąkłam tym jak tylko mogłam.

I pamiętam o tym wszystkim szczególnie dziś. Bo po prostu dzień jest dziś szczególny - dziewiątego października urodziła się zarówno Agnieszka Osiecka, jak i Magda Umer. Dwie przyjaciółki, przepiękne i przemądre kobiety, o których pamięć powoli zaczyna się zacierać. Powoli, ale zaczyna. A jest to dla młodego pokolenia tragedia. 

Osiecka poza piosenkami była też kobietą filmu, przez jej ręce przeszły tysiące napisanych listów, a i jej pamiętniki pełne są sarkastycznej iskry i bolesnego przeżywania. Umer, jako niedoszła nauczycielka polskiego, nosiła w sobie ogrom delikatności, ciszy i poszukiwania niebanalności, czułości i prostoty zarazem. Łączyła je przyjaźń niewyobrażalnie piękna, bez której niepotrafiły się o sobie wypowiadać. 

Jeśli czujecie „nadwyraz”, jeśli tworzycie lub doceniacie - zrozumiecie. Jeśli jeszcze nie - one Was tego nauczą. 

Tęsknię przeogromnie, a spotkałam jedynie jedną z nich.


środa, 7 października 2026

Sonia Wagner - Zawsze i wszędzie będę ja przy Tobie


Robię malutki, już ostatni schodkowy krok. Moje pochodzące z najlepszego w Warszawie sklepu galanteryjnego monki niosą mnie do machiny zupełnie mi nieznanej, cylinder poprawiam dwukrotnie. Zważając na moją naukową przeszłość powinnam wiedzieć o tych mechanizmach wszystko. I może i wiem wszystko, a jednak się boję. Wyruszam w nieznane. Stach bał się latać, ja bałam się oglądać nowego Stacha. Lub też nowych Stachów. 

Zeszłej wiosny, gdy przeżywałam drugą już fazę ciągłego pochłaniania „Lalki” Ryszarda Bera, przyśnił mi się Zasławek. I balon ten zabrał mnie bardzo bardzo baaaardzo wysoko. Nigdy wcześniej moja własna głowa nie oczarowała się żadnym światem do tego stopnia. Piszę to zupełnie na poważnie. Opisy wraz z ekranizacjami urzekły mnie do bólu, a ja musiałam ostro główkować, dlaczego to wszystko tak silnie na mnie oddziałuje. Obserwowałam dwa klarowne oblicza. Jedno urokliwe, pełne światła i świeżo wypranych firanek. Drugie jakby wyszeptane, pełne niedopowiedzeń i cichych miłosnych wyznań. Moje przywiązanie do tego pięknego języka, pięknych ludzi i pięknych emocji rzucających mną po pokoju, zdawały się być wyryte na tym cholernym zamkowym kamieniu. Pozostało mi wycierać łzy po każdej dłuższej wypowiedzi Prezesowej, uśmiechać się po cichu gdy Ochocki wspomni swoje samoloty, a przede wszystkim mieć nadzieję, że akurat tym razem Kazia Wąsowska znajdzie w końcu szczęście. Jestem najzwyczajniej w świecie bardzo zżyta z większością Prusowych postaci - bo „Lalkę” kocham. Kocham bezgranicznie. Za ukazanie polskości, za tę moją umiłowaną Warszawę, za każdy rąbek spódnicy, za Ira i ironię. Za głównego bohatera, który cierpi niemiłosiernie, a ja mogę pocierpieć razem z nim. Za moją prywatną, sielską polanę, gdzie trzymam te charaktery, gdzie są bezpieczni i jedzą ciepłe naleśniki. Tam mają na sztućcach wygrawerowane literki SW (Staś ma niebanalne inicjały) a koronkowe parasole robią z twarzy Felicji mozaikę. 

 I tak sobie słodko marzę, gdy na mej polanie rozpoczyna się budowa centrów danych. Czeka mnie „Lalka” Pawła Maślony. Rzecki generuje sobie kalendarz z Marianną, Eliza Orzeszkowa rapuje z Per Dżinnem. Wokulski wgryza się w swojego smash burgera, spluwając soczyście na Kruczą z pokładu swej składanej elektrycznej. Łęcki przegrywa ostatniego vejpika w turnieju flanek. Nie mam zupełnie problemu z tym, że pierwowzór jedynie podtrzymuje prawą nogę stołu twórców - po prostu nie widzę w bohaterach tych moich i to mi przeszkadza. Jeśli zarówno wydarzenia, jak i postaci są diametralnie zmieniane, chciałabym żeby faktycznie zostało to przemyślane po mistrzowsku. Z uśmiechem oglądałam ostatnie odcinki, szkoda tylko, że uśmiech często wywołany był zażenowaniem. Dlaczego to Stawska czy Wąsowska nie mogłyby emancypować się w Bluszczu? Z czego wynika zupełny kretynizm i brak charakteru Rzeckiego? Skoro ktoś tak zgrabnie bawi się wątkami, skąd w scenariuszu tyle niedopracowań, tyle oczywistości i dosłowności? Nie odczułam zabawy twórczej, odczułam odtwórczy netflixowy schemat produkowania zysku. A jak wiadomo…to nie zysk istotą jest handlu, lecz ciągły obrót gotówki…. 

 Na filmie Kawalskiego natomiast płakałam, i to płakałam parokrotnie. I płacz mój bynajmniej nie wynikał z obecności Pani Mai Komorowskiej na ekranie (kłamię). Nie zaśmiewałam się do łez przez konflikt Janda-Seweryn, ani nie unosiłam ze złości wynikającej z używania Ai przez twórców (choć fakt ten jest co najmniej żałosny). Płakałam dlatego, że znów ich zobaczyłam. Scenariusz nie robił krzywdy postaciom, a przybliżał je widzowi. Uczłowieczył ludzi, czego Netflix absolutnie nie robił. I tak jak nie czekały na mnie nowoczesne fajerwerki - nie były mi one potrzebne. Czułam to, co czuły pierwowzory. Dodatkowo w zupełnie innym wydaniu. Leciałam balonem, tyle że nigdy nie pomyślałabym aby z niego wyskoczyć. Czy brakowało mi dyskusji o nas, o dzisiejszym społeczeństwie? Nie, bo czułam, że omawiane jest piękno i sentyment uczuć, które przeminęły i przemijają, i sam ten fakt jest dla mnie wystarczającym komentarzem. Potrzebuję czasem powzdychać do starych czasów, a tym bardziej potrzebuję zobaczyć zakochaną Kalinę Jędrusik, znaczy się Kazię Wąsowską. Film przeniósł mnie z powrotem na moją ukochaną polanę, a do tego dodał do niej ciągle trzymanie pod rękę i jakąś taką ludzką delikatność. I zdałam sobie sprawę, że jej właśnie brakuje mi u Bera. Bo ekranizacja Bera jest bardzo książkowa, Hasa bardzo baśniowa, Kościelniaka przerysowana, Netflixowa bardzo nowoczesna a ta... Bardzo subtelna. Tak mi się przynajmniej wydaje. Emocje wciąż nie opadły, a sentyment zakrył mi w kinie oczy, więc może za parę dni okaże się, że uważam, iż film jest fatalny. Może za 10 lat pokocham Łęcką z jej „chujcem borsuczym”. Może. Wiem jednak, że „Lalkę” kochać będę wiecznie. 

 Pozostało mi więc jedynie opuścić Kino Kultura, rozejrzeć się po Krakowskim i marzyć, ażebym jutro znów obudziła się nieopodal pewnych zamkowych ruin.



poniedziałek, 5 października 2026

Szymon Karbowy - A w filmie polskim?


A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda…

Bejsbolówka na bakier, luzackie dresiwa, decha. Na polskie filmy „o młodych” chadzałem ostatnimi laty, by “pokręcić sobie bekę” z twórców ewidentnie w materii nieuświadomionych. Nie odmawiałem im zmysłu autoironii, świadom istnienia obrazów traktujących temat całkiem serio. Nieszczególnie garnąłem się jednak do poszukiwań…

Czy mam problem z rodzimym kinem? Ze współczesnym – sentyment jakże bezpieczny, bo zdaje się i powszechny. Omija zgrabnie twórców okrytych legendą, zaś przed oczami stawia co najgorsze: uwłaczające inteligencji komedyjki romantyczne czy aspirujące do amerykańskości filmy klasy z. Zgodzimy się jednak, że wyżej wymienionych nie sposób uznać za zbiór przekrojowy. Współczesność ponadto jest terminem elastycznym. Granicę można przesuwać wedle własnego gustu, a wszelkie wyjątki potwierdzają tylko regułę – wszak są kroplą w morzu nadprodukowanych corocznie obrazów. Spróbowałby kto zaoponować… Tak sobie o polskim kinie myślałem, niestrapiony grzechem swej ignorancji. Tegoroczna wizyta na gdyńskim festiwalu skłoniła mnie do rachunku sumienia.

„Fluidy” Marii Wider to opowieść subtelna i czuła. Nieśpieszna, lecz naładowana dramaturgicznie. Rodzeństwo – wchodząca w dorosłość Nina i nieco młodsze, niebinarne Miki – zderza się z gamą życiowych szarości na tle skąpanych w słońcu Mazur. Reżyserka z lekkością oddaje inicjatywę bohaterom, pozwala im popełniać błędy, buntować przeciw zastanemu, w końcu dochodzić do wniosków, zdaje się całkiem niewymuszonych – pozbawionych ciężaru komentarza odautorskiego. Oto film o młodych, dla młodych, pod którym mogę się podpisać, a pewnie umknąłby mi, gdyby nie… rodzimy festiwal poświęcony kinu współczesnemu.

Łatwo zatrzymać się na najgłośniejszym, także poddając krytyce. Warto przeszukiwać peryferie sfery kulturalnego komfortu, a może przyjdzie nam zakwestionować utarte sentymenty.


niedziela, 4 października 2026

Lena Wróblewska - Między matką a córką

                                          


Do teatru chodzi się, aby wyłuskać siebie. Wstać z widowni cięższym o myśl,a lżejszym o emocje. Podając bilet, już zastanawiasz się, czego o sobie się dowiesz, w jakie nowe rejony wyruszysz. Chcesz odczytać własne imię w czyjejś historii, osadzić się w miękkim fotelu cudzości. Bo tragedia zaczyna trwożyć dopiero wtedy, kiedy odnajdujesz w niej siebie.


To moje minimum oczekiwań wobec spektaklu, równowartość miejsca w głowie i na języku. Kiedy jednak przedstawienie łapie mnie za nogi i zaciąga emocjonalnie na scenę, pozostaje również w sercu. Gdy czuję, że znam te słowa, te sytuacje, że ten mikrokosmos jest także mój. Tegoroczny sezon teatralny zaczęłam właśnie tak.


Stacja Warszawa Śródmieście. Teatr Dramatyczny im. Gustawa Holoubka. Plakat ,,Krótkiego spektaklu o matce i córce”, czwarte piętro, Mała Scena. Miejsca nienumerowane, obecność zapisana. Dwie aktorki, w tym jedna dramatopisarka i reżyserka wydarzenia. Multiinstrumentalistka wykonująca muzykę na żywo i robot sprzątający z głosem z offu. Sceniczny salon jak w soczewce odbije jedną z najtrudniejszych, a zarazem najbardziej pierwotnych relacji - relację córki z matką. Zahaczy o kobiecość, samoświadomość, bliskość i miłość. Nadmieni o dojrzewaniu, zawstydzeniu, strachu i nienawiści. Spróbuje sprowokować, a może skonsternować autotematyczną sceną o cielesności. Otworzy mnie przede mną.


I uchwyci tę skomplikowaną dynamikę, nierzadko skrywaną za kurtyną. Połączenie, które buzuje między dwoma rozkładanymi fotelami na kółkach. Obraz drgający w córce, chcący się wydostać, zaczerpnąć wolności. Postrzeganie matki jako powierniczki skrytych zakochań, kompanki do badmintona czy rywalki o uwagę. Bo mama ma zawsze rację, do niej musi należeć ostatni monolog. Zgarnie nagrodę nie tylko za własne, ale i twoje cierpienie. A jednak córka nie robi z matki potwora. Jest w niej jakaś chęć zrozumienia rodzicielki. Politowanie, wzięcie w Piecie na ręce. Z czułością obnaża atencyjne podskoki w rytm Miss Polonii. Sentymentalna żenada.


,,Kocham cię mamo ale po prostu muszę cię zabić”. Jak pokonać paradoks? Nie zgodzić się z tobą, wyprowadzić się z domu, podjąć własne życie. Pomyśleć, co zrobić z radami i przestrogami, usunąć ze słownika przestarzałe wyrazy i zacząć mówić moimi neologizmami. Co z twoimi ciepłymi ramionami, nieporadnie empatycznymi, ale próbującymi być? Otulającymi frazesami, z którymi nie mam siły dyskutować? Goryczą, bo nie pamiętasz? Pocałuję cię w czółko, powiem do widzenia, wybaczę. Usunę raka, choć go kocham. Chyba nadszedł na to czas. 

Trapi mnie czym pozostanę bez ciebie. Na pewno zbyt wiele uznaję za swoje, zwłaszcza zalet, a są tylko kopiami. Czy cień może egzystować bez słońca? Może i wad ubędzie.


Czuję, że teraz ja biorę klapka w dłoń i wyłączam show. Widzę na sobie wtapiające się w fotel spodnie, obok mnie widzki noszą ten sam wzór. Parę kobiet z połyskującymi koszulami też jest. Rozpoznaję siostrzeństwo po posmarkiwaniu, rechocie czy milczeniu. Wyłuskałyśmy siebie.



,,Krótki spektakl o matce i córce’’ w reżyserii Heleny Urbańskiej, na podstawie autorskiego dramatu „Człowiek, który chce zrozumieć kochanie, czyli miłuj bliźniego swego jak”. Obsada Helena Urbańska i Anita Sokołowska, muzyka Magdalena Sowul. Premiera odbyła się 17 września 2026 w Teatrze Dramatycznym im. Gustawa Holoubka w Warszawie.

piątek, 7 stycznia 2022

Anna Kozłowska - Przeczytane 2021


Najlepsze przeczytane 2021. Nie ranking. Tradycyjnie zajrzałam na mój Instagram Raptularz by Miriam Markotna i wybrałam książki, o których pisałam i na widok, których dziś przeszyła mnie iskra dobrego czytania. Nic nie zmieniałam w tekstach. Troszkę więcej niż zazwyczaj, ale z nadzieją, że coś również polubiliście albo wybierzecie. 

Bernardine Evaristo – Dziewczyna, kobieta, inna

kobiecość odmieniona przez wszystkie uczucia, emocje i doświadczenia życiowe. ciekawie opisane (świetnym językiem) przeplatające się losy kobiet kilku ostatnich pokoleń, czasy i obyczaje, zmiany i konsekwencje. wiele odmian dyskryminacji w różnych środowiskach i sytuacjach. ważna książka, by zrozumieć tak różnorodne spojrzenia. długa bardzo, ale wciąga.


Erich Maria Remarque - Czarny obelisk

„Słowa są kłamliwe jak filiżanki, w które chce się złapać fontannę.” wracam do Remarque’a. bo nikt dotkliwiej i mądrzej nie opisał straconego pokolenia zanurzonego w jazgocie lat 20 i przeczuciu kolejnej katastrofy lat kolejnych. bo co kilka stron zatrzymuje mnie jakaś językowa perełka, diament metafory. jedna, dwie powieści w roku i wciąż zmienia mi się kolejność na podium ulubionych tytułów. w każdej na nowo czytanej odkrywam pokłady głębokiego smutku zmieszanego z nonszalancją wobec nieuchronności ludzkiego losu. wraz z wiekiem, czyli upływem mojego czasu, coraz bardziej boli i zachwyca. za kilka tygodni lub miesięcy znów wrócę do Remarque’a, by zatrzymywać się na pytaniach, jak to z „Czarnego obelisku” napotkane na 21 stronie: „Czy człowiek żyje od środka na zewnątrz, czy od zewnątrz do środka?”


Tatiana Tibuleac – Lato, gdy mama miała zielone oczy

ta książka została ze mną na długo. ostro łupnęła w głowę już na pierwszych stronach. i potem trzymała w swoich szponach pozwalając głęboko odczuć skomplikowaną i toksyczną relację między bohaterami. złagodzić początkowy szok wściekłej relacji nastolatka, przytulić się do tej poruszającej historii. absolutnie wspaniała cieniutka książka o tym, że oczy mamy były błędem, płakały do wewnątrz, były polami ułamanych łodyg… a tamtego lata były zielone.


Ocean Vuong – Wspaniali jesteśmy tylko przez chwilę

„Tęsknię za tobą bardziej, niż cię pamiętam.”
pięknie napisana książka. językiem zmysłowym, dotkliwym, poszukującym zapisywania wrażliwości. intymna książka, która krzyczy. opowieść o rodzinie, historii, traumie bycia innym. ważne co i jak się opowiada, ale bardziej jednak co i jak się zauważa. a to dogłębne spojrzenie świdruje wszystko, co napotka. i niemal na każdej stronie myśl lub zdanie, które zatrzyma z zachwytu.
„Zaśmiał się fałszywym śmiechem do testowania grubości ciszy.”


Mira Marcinów – Bezmatek

emocjonalny rollercoster. córka-matka. jedna z najtrudniejszych relacji. nierozerwalna, skomplikowana, najbliższa. poruszająco opisana przez Mirę Marcinów. dramatycznie, ciepło, zabawnie, wzruszająco. z przestrzenią na własne przemyślenia czytających. i znów żałuję, że wchłonęłam za szybko zamiast pobyć dłużej z tą piękną literaturą.


Maria Stiepanowa – Pamięci Pamięci

czytałam tygodniami, a nawet miesiącami, po kilka stron, po rozdzialiku. ponad 600 stron włóczęgi po pamięci. nie chciałam się rozstać zbyt szybko. utknęłam na długo w pamięci, nie tylko własnej. „precyzja tego co zobaczone” wynotowałam z zachwytem. inaczej już przeglądałam zdjęcia przyjaciół, którzy zbyt wcześnie odeszli. podróże w pamięci, pożegnania w realu. pięknie mi się czytało tę książkę, bo mądra, zmysłowa i pięknym atramentem napisana.
„Na starych fotografiach siedzi kobieta w kolorze drzewa, wiecznie zmęczona, ale rodzina zapamiętała ją jako piękność, a to znaczy, że tak właśnie było.”


Mariana Leky – Sen o okapi

dla wrażliwców, którzy wrażliwie odbierają świat. zmysłowo, z otwartością i ciekawością dziecka. prosta książka o zwykłym życiu. ze szczyptą magii i wiarą, że wszelkie trudności i zmiany prowadza nas jednak naprzód. napisana z czułością dla bohaterów, dla emocji i dla słów. działa leczniczo, bo u mnie złagodziła stresy i niepokoje ostatnich tygodni. piękne czytanie. jedno z najlepszych w mijającym roku!


Leila Slimani – Kołysanka

nie można się oderwać. i choć już na pierwszej stronie dowiadujemy się o zbrodni okrutnej, to jednak przez kolejne strony tkwimy w pytaniach: jak do tego doszło? kto coś przegapił? i co właściwie przegapiono? (wcale nie chodzi o rozwiązanie kryminalnej zagadki, kto zabił.) obok świetnie skomponowanej opowieści dostajemy również głęboką analizę współczesnego społeczeństwa pozbawionego odporności psychicznej, skazanego na tkwienie w swoich przegródkach, z których tak trudno przedostać się do tych korzystniejszych, atrakcyjniejszych. „Kołysanka” nie ukoi i nie utuli. ale jest jedną z najlepiej opisujących apetyt i próby zdobycia kolejnych szczebelków społecznej drabiny. oraz koszty tych prób. książka otrzymała Nagrodę Goncourtów, czyli najważniejszy francuski laur literacki.


Elif Shafak - 10 minut i 38 sekund na tym dziwnym świecie

„…bo czym była miłość, jeśli nie pielęgnowaniem bólu drugiego człowieka jak swojego własnego?”
10 minut i 38 sekund, żeby przeżyć jeszcze raz, wyświetlić, poczuć, przejrzeć, opowiedzieć swoje życie. czułam, że warto od tej właśnie książki zacząć nowy rok. życzę sobie i wam, by tylko na tak dobre powieści trafiać! pięknie opisana historia poturbowanych ludzi, którzy naturalnie odnajdują się wśród innych poturbowanych. i tworzą silną przyjacielską więź, której moc eksploduje w ostatniej części. plus sporo smaków i zapachów Turcji oraz nieoczywiste pocztówki ze Stambułu, aż chciałoby się ruszyć w podróż. ale póki panuje pandemia, sięgnę po kolejne powieści autorki.
zatrzymał mnie jeszcze jeden cytat: „Co dobrego przychodzi im z tego, że pamiętają tak wiele, skoro niczego nie mogą zmienić?”

Caroline Criado Perez – Niewidzialne kobiety / Jak dane tworzą świat skrojony pod mężczyzn

mężczyźni mylą własny punkt widzenia z prawdą absolutną stwierdziła Simone de Beauvoir i ta książka jest doskonałym potwierdzeniem tego zdania. opowiada w sposób szalenie przekonywujący w jak wielkiej luce informacyjnej wciąż tkwimy. bo stale pokutuje wiara, że to mężczyźni są wzorcowymi ludźmi, ich organizm jest brany pod uwagę w badaniach dotyczących ludzkości. i dlatego kamizelki kuloodporne są pozbawione miejsca na biust, kobiece zawały serca są niewłaściwie diagnozowane itd. niemal na każdej stronie znajdziecie szokujące przykłady tego, że męskie uznawane jest za coś uniwersalnego. żeńskie natomiast niszowe, choć dotyczy połowy ludzkości…w latach dwudziestych XXI wieku wciąż trzeba udowadniać, że prawa kobiet to prawa człowieka. myślałam, że sporo na ten temat wiem, ale ta książka baaardzo szeroko otworzyła mi oczy. ze zdumienia, z oburzenia i z bezsilności również niestety.


Sigrid Nunez - Przyjaciel

bardzo nie chciałam, żeby się skończyła. takie to było dobre czytanie! jest o stracie, o przyjaźni, o otwarciu na nowe i o miłości jednak. a najbardziej chyba o pisaniu. o potrzebie pisania, o sile słów. wspaniała literatura do powolnego podczytywania, żeby się nie kończyła...

Sigrid Nunez - Pełnia miłości

zachwyt. a może błogostan. gdy czytam książkę, która zostanie ze mną na zawsze. i w głowie i w emocjach. o jednej z najważniejszych spraw, jaka może się w życiu wydarzyć: o relacji z drugim człowiekiem. nieistotne, czy zdefiniujemy ją jako przyjaźń czy miłość. istotne jest to bycie obok, współbycie, współistnienie. bo jak nazwać relację z osobą, która udźwignie moją udrękę? pięknie napisane książki o umieraniu zawsze mają w sobie eksplozję życia i na mnie działają niezwykle stymulująco. tak, że chce się żyć.
a jedną stronę sfotografowałam do zapamiętania: „…istnieje słowo onsra opisujące głębokie emocje, jakie odczuwa człowiek w chwili, gdy zdaje sobie sprawę, że miłość, którą czuje do drugiej osoby, nie przetrwa.”

Sigrid Nunez – Sempre Susan, Wspomnienie o Susan Sontag

pisarka o pisarce. kobieta o kobiecie. niedoszła synowa o niedoszłej teściowej. w tak różnorodny sposób Sigrid Nunez przygląda się Susan Sontag. a ponieważ umie patrzeć i potrafi swoje spojrzenia ubrać w odpowiednie słowa czyta się te wspomnienia arcyciekawie. nie ma cukierkowej laurki, ale i też za grosz taniej sensacji. jest pełnokrwisty, wielobarwny portret intelektualistki uchwycony utalentowanym piórem. plus całkiem sporo myśli o pisaniu, tworzeniu i o uważności.
cytat zapamiętany: „Susan tak jak Woolf kochała książki i jej pogląd, że niebo to wieczna lektura”.

Andrzej Stasiuk – Przewóz

gęsta, osaczająca proza. lepka od brzydoty świata. świata na zakręcie, tuż przed kolejnym wybuchem. gdzieś nad głowami trwa Wielka Historia, a my utytłani okolicznościami maluczcy próbujemy złapać kolejny oddech. duszno od zapachów, mecząco od napięcia, ohydnie od chęci przetrwania mimo wszystko. w oparach strachu, zwierzęcych instynktów i alkoholu. świetnie napisane. mocna powieść, która zostawia mroczny ślad.

Magdalena Grzebałkowska – Wojenka

dzieciństwo to nie Disneyland, nawet jeśli przez chwilę spędzone na zamku w Wawelu. zresztą dziecko przyjmuje każdą sytuację jako normalną jeśli nie zna innej. wojenną również. strach, głód, brak najbliższych nie mają narodowości, ideologii, ani wieku. „Wojenka” mnie wchłonęła na cały dzień. od tych historii z różnych części świata nie mogłam się oderwać (autorka w znakomitej literackiej formie: research, narracja, kompozycja, język).
myślałam o rodzicach, dziadkach i pradziadkach – bohaterach książki i twórcach naszej obecnej wygody. i o dzieciach z Syrii, i o dzieciach na pontonach na Morzu Śródziemnym, wojenka wciąż przecież gdzieś całkiem niedaleko trwa…

Filip Zawada – Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek

„Każdy może znaleźć tyle, ile jest w stanie zauważyć”. czytam tekst Filipa Zawady co chwila natykając się na intrygującą myśl, która zatrzymuje mnie gwałtownie. tkwię w zadumaniu, niespiesznie przechodzę do kolejnego akapitu i znów błysk, tym razem pytanie. satysfakcjonująca lektura. próba spojrzenia na rzeczywistość oczami dziecka. prostymi słowami o codziennym zdziwieniu światem.
„Kim my właściwie jesteśmy, żeby kazać czasowi chodzić zgodnie ze wskazówkami zegara?”

Tomasz Stawiszyński - Co robić przed końcem świata

Co robić przed końcem świata? Otworzyć szeroko oczy i myśleć samodzielnie. Ale najpierw może zaparzyć kawę lub herbatę i przeczytać tę książkę. Żeby nie utknąć w informacyjnej bańce, w której otrzymujemy potwierdzenie istniejących przekonań (niekoniecznie naprawdę własnych). Żeby unikać niszczących nas emocji (wybuchów agresji) wobec wszystkiego co odmienne. Żeby nie dać się pożreć marketingowym machinom, które wszystko już o nas wiedzą i nie wahają się użyć tych informacji manipulując nami, a zwłaszcza naszymi emocjami. Żeby zdobyć argumenty do prowadzenia racjonalnego sporu ze światem, z najbliższymi, i może też sami ze sobą. Absolutnie warto!

Karolina Korwin-Piotrowska - Reset

zatrzymajmy się. porozmawiajmy. z dala od celebryckiego ple ple.
te rozmowy można czytać z pełnym wachlarzem emocji: od mroczno-pandemicznych wysysając wszelkie pesymistyczne prognozy po euforię hurraplanów na lepszą przyszłość już wkrótce. i tak też je czytałam, głęboko skacząc po własnych nastrojach. ale dla mnie ta książka jest przede wszystkim inspirująca. żeby sobie zadać sporo ze stawianych w niej pytań i skonfrontować odpowiedzi. albo ostro popłynąć z biegiem rozpędzonych myśli. szczególnie ciekawe są spotkania z osobami z zupełnie inną optyką jak np. operatorka z hollywoodzkiej bajki Magda Górka opisująca świat pandemicznych wrażeń z amerykańskiego podwórka. (trochę prywaty: Madziu jesteś wspaniała!) #womanpower przy okazji nie mało w tym wątków dotyczących praw kobiet. gdyby ktoś potrzebował racjonalnych argumentów, dlaczego dziewczyny i kobiety powinny wciąż ostro dopominać się o swoje prawa polecam szczególnie ostatnią rozmowę.
 

sobota, 27 marca 2021

Kamila Straszyńska - L'ansia, czyta się lansja

 
Spodziewaliśmy się, że to trochę potrwa. Nikt nie wiedział i dalej nie wie - jak długo. Raz po raz wydaje nam się, że to już, a potem niespodziewany zwrot akcji, wskaźniki idą w górę, zamykają się drzwi. Drzwi domów, instytucji, sklepów. I znowu lockdown. I znowu niepokój. Tutaj mówimy na to l’ansia, czyta się lansja.

Czy już się przyzwyczailiśmy?

Czytam pamiętniki z czasów zarazy “Jutro nie mieści się w głowie”. Tytuł jest genialny, w punkt nazywa stan, w którym tkwimy od roku. Rok to strasznie dużo czasu. Czasu, nad którym straciliśmy kontrolę.

 Czasem myślę, że może to jest tylko mój problem - mania kontroli. Jak się ma manie kontroli to żyje się w ciągłym niepokoju, sprawdza się po kilka razy czy to, co się przed chwilą wsadziło do kieszeni nadal w niej jest. Ansia.

 

Czytam pamiętniki z czasów zarazy, które relacjonują pierwsze dni epidemii, wtedy jeszcze nie pandemii, a potem jej rozwój. Wydaje się, że to było tak dawno. A może jednak nie tak dawno? W końcu pewne wrażenia powtarzają się w nieskończoność, wciąż tak samo, jakby chciały żeby się ich dobrze nauczyć na pamięć. I opowiedzieć potomności.

Odczuwam przedziwną wspólnotę doświadczeń - poszczególne strony, niektóre zdania wydają się wyciągnięte z mojej głowy, przepisane z moich sekretnych dzienników. Kto by pomyślał, że kiedyś poczuje zjednoczenie z ludzkością i że odbędzie się to  poprzez globalna katastrofę? Wierzyłam, że takie zjednoczenie jest możliwe dzięki sztuce, dzięki mistycznym doznaniom teatralnym, literackim czy jakim tam bądź. Wierzyłam, że poprzez archetypiczne doświadczenia nawiązuje się łączność z energią wszechświata, energią wszystkich ludzi. Wyobrażam sobie jaki ogrom reprezentuje wyrażenie: Wszyscy Ludzie. Wszyscy. Tymczasem nie. Połączenie ze Wszystkimi Ludźmi pojawiło się odkąd wszyscy zakryli twarze. I wszystkich tak samo boli za uchem. I wszystkim okulary zachodzą parą z własnych oddechów.

 

Czytam, wchodzę z butami w prywatność kilku osób, których teksty składają się na ten historyczny zapis. Dawno nie byłam tak blisko cudzej codzienności. Włażę im do domu, do głów. Autorzy posługują się różnymi estetykami, pochłaniają ich inne problemy, ale to właśnie ten wielogłos nadaje całości uniwersalnego charakteru. Uniwersalnego, wszechświatowego, powszechnego. Pandemicznego.

 I znów lockdown. Skala niebezpieczeństwa przekracza standardowo wyznaczone normy dopuszczalności wszelkich krwiożerczych niebezpieczeństw dnia codziennego. Mordercza siła szaleje po ulicach. Innymi słowy nie dzieje się nic. Żyje staje się płaskie. Jednostajność doświadczeń zabija chęć prowokowania nowych. O tak, jutro będzie takie samo. Od roku jutro jest coraz bardziej ponure. Naprawdę nie mieści mi się już w głowie.

 Ta walka jest jak nieskończenie długa zima, w marcu zaczyna brakować woli do wysiłku ogrzewania ciała i duszy. Tymczasem marzec trwa i trwa. Poczucie wspólnoty - być może rośnie, ciężko powiedzieć. Potęga sztuki - już nie pamiętam, coś tam jeszcze iskrzy, dogorywa. Perspektywa na radosną przyszłość wydaje się daleka jak myśl o morskiej kąpieli pierwszego dnia szkoły. Tyle jest jeszcze do zrobienia. Ech.

 W tym wymuszonym bezruchu nie pozostaje nic innego jak obserwować. Obserwować uważnie, nie tracić bystrości. Autorzy “Jutro nie mieści się w głowie” nie tracą. Czytanie tych dzienników sprawia, że nabiera się historycznej świadomości momentu, w którym się żyje. Tu i teraz doświadczamy czegoś co trwa już rok. Jak na egzaminie z historii: wojna X od 1367 do 1369 - dwa lata, a to krótko! Zmiany Y między latami 60. a 80. - dwadzieścia lat, prawie całe moje dotychczasowe życie. Krótko czy długo?

 Przeżywając coś poprzez nabytą świadomość historyczną, nagle cyfry, numery, daty zyskują znaczenie. Warto dokumentować takie doświadczenie - tak jak warto zapisywać to, co czyni nas szczęśliwymi. A na co nie ma czasu, kiedy przeżywa się szczęście. Dziś patrzę na zdjęcia z jakiejś przypadkowej niedzieli w parku, całuję butelkę wina z beznadziejnie zaplecionym wiankiem na głowie. Kto by się spodziewał, że kiedykolwiek będę się rozczulać nad tamtą chwilą?

 I wściekam się na siebie za to bycie miękką pałą, rozczulanie się i gapienie się w punkt. Ehila, jest tam kto w środku tego załamanego ciała? Hop hop, proszę się tu nie rozleniwiać i brać się do roboty. Działać mimo wszystko, nie ma czasu do stracenia.  Trzeba szukać bodźców, stymulacji dla umysłu, nowych wrażeń, umiejętności. Czytać, oglądać, poznawać. Ansia.

Chyba tylko lansja jeszcze mnie może uratować przed kompletną degrengoladą.

 

 

 

piątek, 22 stycznia 2021

Kamila Straszyńska - Hołd dla Słońca


Rozmawiam z rodziną i przyjaciółmi, coraz rzadziej, bo mam coraz mniej do powiedzenia, ale jednak. Rozmowa w sposób nieunikniony schodzi na pogodę, w końcu wreszcie spadł śnieg i nie roztopił się od razu! Nadeszły upragnione mrozy, które definiują naszą tożsamość narodową na świecie. Euforia. Tymczasem w Rzymie temperatura między 10 a 13 stopni, świeci słońce, każdego dnia podziwiam spektakl światła na chmurach, na domach, na górach w linii horyzontu. Potrafię tak stać przed oknem i kontemplować popisy słońca, które wydaje się być wyjątkowo próżne na południu, lubi pokazywać na co je stać.

Słońce jest naszym bogiem, który wyznacza sens cyfr w zegarku i numerów w kalendarzu. Nadaje nam rytm, który jest aż nazbyt oczywisty. Nie jest moim celem powtarzać banały, ale ostatnio myślę często o tym rytmie i o jego wpływie na naszą kulturę. Dwa najważniejsze chrześcijańskie święta, którymi oddzielamy okresy przed i po dietach, wyprzedażach i urlopach, także bezpośrednio łączą się z celebracją obecności światła. Około 24 grudnia wypada najkrótszy dzień w roku, ale jest to zarazem osta
tnia najdłuższa noc – od tego momentu ciemność trwa coraz krócej. Wielkanoc rozumie się samo przez się – jajka, wstawanie z martwych i pozostałe rzeżuchy wykrzykują całemu światu radość z wiosny, która długo się zbierała, ale w końcu przyszła. Wszystkie rytuały i prowokacje karnawału ostatecznie ją przekonały.



Wydaje się, że w tym roku wszystkie święta ku czci słońca mogą nabrać specjalnych walorów. Od kiedy rozpoczęła się ta przeklęta pandemia to właśnie letni skwar okazał się jedynym momentem wolności. Innym tematem jest to, że to krótkie przyzwolenie na podróże i zabawę całkowicie zaburzyło nasze postrzeganie globalnego zagrożenia – dzielimy je teraz na kolejne fale zakażeń, tak jakby były to kolejne wojny światowe. Pierwsza i druga wydają się oswojone, wszyscy boją się trzeciej.  Nie sposób nie zauważyć jednak, że to właśnie ciepło zyskało uznanie ze względu na swoje domniemane umiejętności wirusobójcze. Przypiekające słońce stało się nowym rycerzem na białym koniu, którego wyczekuje niewinna białogłowa ludzkość. Jednocześnie wszyscy wiemy, że ten rycerz jak tylko posiądzie swę białogłowę, zamieni się w tyrana i jak zacznie przypalać, to wszyscy będą próbowali czmychnąć przez dziurkę od klucza zaskakująco podobną kształtem do Morza Śródziemnego.  Ciąg dalszy tej opowieści próbujemy przewidywać, Propp jest mało pomocny.  Nie o tym jednak! (Temat zagrożeń środowiska stał się nieunikniony w każdym dyskursie, wybaczcie).

Niewielu traktuje serio astrologię, ja tak. Nie bez powodu na uniwersytetach całego świata uczono o ruchach planet przez wieki. Owszem, rozróżniam astronomię i astrologię, i rozumiem, że poszukiwanie metaforycznych sensów dla życia codziennego, finansów, seksu i zdrowia w położeniu Saturna względem Jowisza może zakrawać na przesadę. Jednak wszystko co istnieje, jest źródłem energii, więc energia kosmosu w sposób nieunikniony wpływa na energię Ziemi. Mówi się od dawien dawna o nadchodzącej erze Wodnika, która odmieni oblicze naszej cywilizacji. Co więcej z obserwacji gwiazd wynika, że ten moment nadchodzi właśnie teraz. Od 2021 roku, po dwóch tysiącach lat Ery Ryb, charakteryzującej się konfliktem i wewnętrznymi sprzecznościami, wchodzimy w czas wolności umysłu, otwarcia na innego, porzucenia schematów. Śpiewali o tym w „Hair”, i tak żyli. Wygląda na to, że niebawem powinien się rozpocząć złoty okres ludzkości. Nauka i filozofia podkreśla postępujące rozmycie granic, nieużyteczność pojęcia rodzaju czy płci, sztuka i normy społeczne rozszerzają swoje pojęcia wzajemnie się przenikając, poszukując nowych rozwiązań dla nowych czasów. Coraz częściej przekonujemy się, że odwieczne schematy społeczne, które doprowadziły do frustracji liczne pokolenia, okazują nie tylko przestarzałe i nieużyteczne, ale też zupełnie spokojnie zastępowalne nowymi wzorcami. Coraz więcej ludzi rozumie, że inność jest walorem, a nie przeszkodą.  Że historia może iść do przodu dzięki dialektycznemu spotkaniu dwóch przeciwieństw. Nie chodzi o gloryfikację idei postępu, lecz o zmianę perspektywy, która prowadzi do większej wolności w kreowaniu własnego życia. Era Wodnika ma być czasem, w którym króluje beatlesowskie „live and let live”. Osobiście już odczuwam zmianę, staram się wrzucić na luz. Czy ma na to wpływ położenie Księżyca w siódmym domu? Być może.   

Stoję przed oknem i wpatruje się w oświetlone ośnieżone szczyty gór (cóż za romantyczne zajęcie w przerwach od bezrobocia) i myślę sobie: może ten przeklęty moment, który odbiera mi tak wiele cennych dla mnie aspektów życia, ma swój utajony sens. Może jest nam potrzebny jako portal, jako szpara w czasoprzestrzeni, w której wszystko jest martwe, albo przynajmniej takie udaje, żeby wra
z z powrotem wiosny, nowego cyklu astrologicznego zaczynającego się marcu, zmieniło się nagle wszystko, żeby przyszła Era Wodnika, tak na raz, bum i jest Era Wodnika.
  Myśl, że gdy skończy się zima, nastanie nowy porządek, podtrzymuje mnie czasami na duchu. Chcę wierzyć, że wraz z ruchem planet i gwiazd, w tym mojej ulubionej gwiazdy Słońca, wszystko się zmieni, czy to dzięki nowej erze czy nowej porze roku.

Ale tak na co dzień to jest do dupy. Teatru nie ma, kina nie ma, podróży, życia towarzyskiego, dolce vita ani grande bellezza nie ma. Jest tylko praca fizyczna i przetrwanie; trwanie i trochę miłości. I myśl, że są tacy, którzy tak przeżywają całe życie. 

Więc to słońce czasem pomaga.