wtorek, 28 kwietnia 2015

Kamila Straszyńska - zburzony piedestał


wokół "Prawdy i fałszu" Davida Mameta


Ostatnio zadałam sobie pytanie: po co chodzisz do teatru?  Okazuje się, że odpowiedź w ogóle nie jest oczywista, wręcz wcale nie nasuwa się na myśl. Szczerze mówiąc - nie wiem po co idę do teatru. Jest to dla mnie naturalne, robię to od zawsze, moi rodzice zabierali mnie ze sobą do opery jak nie mieli co ze mną zrobić - tak, jak każdy rodzic czasem bierze swoje dzieci do pracy. Gdy idzie o przedstawienia dramatyczne, sytuacja też wydaje się raczej naturalna, bo od przedszkola większość dzieci obcuje z teatrem.  Lepszym lub gorszym, ale w ogóle jakimś. Zatem przeżycie teatralne wydaje się czymś... podstawowym, bliskim i naturalnym.

Mimo tej konstatacji ciągle męczyło mnie pytanie: po co? Już wiem, że robię to niejako z przyzwyczajenia, ale skoro związki z zasiedzenia są czymś złym, to może warto przeanalizować też stare nawyki? Odpowiedź pierwsza: dla rozrywki. Jeśli idę na komedię, jest to rozrywka rozumiana wprost. Jeśli na tragedię - sprawa jest bardziej skomplikowana, ale mimo wszystko, obcowanie ze sztuką sprawia mi przyjemność. Czyli jasne -  dla przyjemności. 

Odpowiedź druga: dla przeżycia. To jest chyba najważniejsze, żeby kontakt ze sztuką dawał jakieś przeżycie. Ale gdy przypomnę sobie swoje refleksje po spektaklach, które ostatnio widziałam, dochodzę do wniosku, że więcej emocji wzbudzają we mnie filmy z lat 60./70. Współczesny teatr rzadko ma oblicze zwykłego człowieka. Nie przeciętniaka, tylko normalnego człowieka. Ja jako ja zupełnie się z nim nie utożsamiam. Nie dotyka moich problemów. W sumie prawie już nie istnieje kategoria katharsis. Osobiście zdarzyło mi się w teatrze tylko raz w życiu. Pozostałe przedstawienia były albo obce, albo zbyt słabo oddziałujące.

Odpowiedź trzecia: dla poszerzania horyzontów. Przy moich planach na życie zdobywanie jak najszerszego oglądu na sztukę teatralną jest absolutną podstawą. Filmy też oglądamy przecież jednocześnie dla przyjemności i dla podglądania trafnych rozwiązań reżyserskich, genialnych kreacji aktorskich. No właśnie - kreacje aktorskie. Przy nich pojawia się kolejne pytanie: na ile jako widz chce poznać treść sztuki, a na ile zachwycić się sztuką aktorską. Idę na dramat czy na aktora? Wiadomo, że w teatrze jedno nie istnieje bez drugiego. (W dobrym teatrze, oczywiście). Nie mówię, rzecz jasna, o wchodzeniu na 6 piętro dla nazwisk - tę kwestię pozwolę sobie całkowicie ominąć.

David Mamet mówi, że zadaniem aktora jest przekazanie treści sztuki. Koniec. David Mamet mówi również bardzo dużo innych rzeczy, ale ten wątek wydaje mi się najbardziej interesujący przy rozważaniu mojego zalatującego egzystencjalną rozterką pytania.  Co z całą kreacją aktorską, co z budowaniem roli i psychologią postaci? Na co te długie próby służące wchodzeniu w bohatera coraz głębiej i głębiej? Co wreszcie z aktorami, którzy tracą zmysły, przez zbytnie zaangażowanie w fikcyjne życie? Gdzie w zdaniu: zadaniem aktora jest przekazanie treści sztuki zmieścić cały aktorski mit? Może tego mitu... nie ma?

Aktorzy stali się idolami mas mniej więcej od XX wieku. W Warszawie czasów Wokulskiego główną atrakcją na ulicy Miodowej nie było Collegium Nobilium i PWST, tylko sąd i pracujący w nim prawnicy. Oszalałe (na XIX-wieczny sposób) nastolatki wyczekiwały pod bramą dzisiejszego Ministerstwa Zdrowia na swoich idoli - mecenasów i adwokatów. Przystojnych, eleganckich, umiejących się wysłowić i do tego działających w słusznej sprawie. A przecież teatr nie był wtedy sztuką wyklętą lub zapomnianą, a zawód aktora istniał i nie był w pogardzie. Nie mówimy tu o średniowieczu.

Zatem co zrobić z mitem aktora? Każdy, kto dysponuje jakąkolwiek wrażliwością, nie powie, że aktor to tylko nagłośnienie dla myśli dramatopisarza. (Szczególnie żaden widz XXI-wiecznego teatru, widzący z jaką pogardą dla tekstu tworzą spektakle współcześni reżyserzy.) W końcu aktorstwo to trudna sztuka, wymagająca głębokiego poznania samego siebie i odwagi, żeby odsłonić się przed publicznością. Wielka umiejętność rozumienia drugiego człowieka. Ale powiedzmy sobie szczerze - czy oglądając przedstawienie, widzimy całe zaplecze psychologiczne postaci omówione przez artystów na próbach? Czy ostatecznie nie widzimy wcielenia bohatera stworzonego przez dramaturga? Z papieru na deski sceny. To z pewnością zależy po pierwsze od aktora, którego obserwujemy. Ale całej teorii skrytej za nim, chyba nawet najlepszy nie potrafi zagrać. W końcu odbiór danej roli to zbiór naszych wrażeń, a nie tego, co myśli w tej chwili aktor. Jeden może wiedzieć wszystko o historii i motywacjach bohatera, a innemu wystarczy odpowiedź na pytanie czy lubi tego drugiego, czy nie.

Nie chcę stawiać żadnych ostatecznych wniosków. Tylko zastanawiam się na papierze. Ciekawe może być jednak spostrzeżenie, że w czasie debaty w Akademii Teatralnej na temat książki Mameta, tylko osoby, które nie są zawodowymi aktorami w ogóle próbowały zrozumieć intencję autora. Profesorowie aktorzy "robili łaskę" Mametowi, że w ogóle o nim rozmawiają. No tak, nie lubią go, bo chce im zburzyć ich piedestał.

Warto dodać, że David Mamet jest dramaturgiem i reżyserem. Z jego tezy wynika, że najważniejszym tworzywem teatru jest tekst dramatyczny - co nie jest żadną nowością. Być może cofa on rozwój teatru, a być może chce tylko trochę zdrowego rozsądku? A może chce sobie zbudować pomnik z dawnych pomników aktorów.

Wracając do meritum - po co w końcu idę do tego teatru? Nie mam zielonego pojęcia. Idę, bo lubię. 


sobota, 28 marca 2015

Kamila Straszyńska - ptak i wąż / na międzynarodowy dzień teatru







Coś wisi w powietrzu. I to w atmosferze wokół całego świata, bo tknęło zarówno Amerykanów jak i Francuzów (a może i kogoś więcej, ale o tym nie wiemy).  Twórcy kina jednocześnie składają swego rodzaju hołd teatrowi. Dwa filmy, powstałe w niedalekim odstępie czasowym, poddają wnikliwej analizie psychologicznej aktora - artystę: mechanizm budowania roli, powolne wchodzenie w skórę postaci i późniejsze konsekwencje tego zlania się w jedno dwóch osobowości. Zarówno "Birdman" jak i "Sils Maria" utrzymują widza w intelektualnym klimacie filozoficznej refleksji nad samym sobą wobec sztuki.

Oba filmy za głównych bohaterów mają aktorów w średnim wieku, których wciąż prześladuje demon przeszłości i tragiczna świadomość upływającego czasu. Dla obojga z nich dawna świetność jest czymś, co daje im punkt wyjścia dla postrzegania siebie. W przypadku "Birdmana", Riggan Thompson (genialny Michael Keaton) próbuje zbudować swoją pozycję artystyczną na nowo, w oderwaniu od wizerunku superbohatera, którego zagrał w młodości. Wystawia zatem na Broadwayu ambitną sztukę  Raymonda Carvera  "O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości". Z kolei bohaterka "Sils Maria" - Maria Enders  (również wspaniała Juliette Binoche),  która zasłynęła rolą młodej Sigrid w dramacie "Wąż z Maloja", teraz ma wcielić się w starszą i słabszą Helenę z tego samego tekstu.

Oprócz podskórnego przekazu te filmy różnią się w zasadzie wszystkim. "Birdman" jest arcydziełem sztuki filmowej pod względem gry z konwencją -  2 godziny prawie bez cięć, zabawa zatrzymywaniem czasu, muzyką, montażem scen. Widz może się nawet zgubić co się wydarzyło, a co było tylko projekcją myśli bohaterów. "Sils Maria" pod tym względem jest znacznie bardziej zachowawczym filmem. Długie ujęcia, klasyczna struktura, dużo ujęć widoków - to wszystko stanowi tło dla świetnie napisanych dialogów wchodzących głęboko w psychologię postaci. Poziom aktorski obu filmów jest równie wysoki, chociaż role drugoplanowe w "Bridmanie" (Emma Stone, Edward Norton) są bardziej pełnokrwiste i interesujące, niż całkiem niezła jak na dotychczasowe popisy Kristen Stewart. (Uważam za absurdalne stwierdzenie, że przyćmiewa ona Juliette Binoche). Wrócę jednak do meritum - podskórny przekaz.

"Birdman" w całości rozgrywa się w teatrze, "Sils Maria" krąży przede wszystkim wokół teatru. Gdyby w kinie nie pokazywano innych filmów, można by dojść do tego, że kamera służy dziś głównie do opowiadania o wyższej sztuce, jaką jest teatr. Aktor w teatrze jest wszystkim, więc i daje z siebie wszystko - nie tylko w sensie zaangażowania czasowego, lecz i poświęcenia całej duszy i umysłu. Film może pokazać dosłownie zjawiska nadprzyrodzone, ma do tego środki w postaci efektów specjalnych. Teatr jest ich pozbawiony. Jest jednak z samej swojej istoty sferą magiczną. W teatrze zaczynamy dajemy sobą z własnej woli manipulować, zgadzając się jako widzowie na całkowitą umowność. Ktoś młody może być kimś starym, kobieta może być mężczyzną, dorosły może być dzieckiem, a kawałek patyka może być drzewem. Zgadzamy się na to, ale tylko na czas przedstawienia. Oddajemy widowisku nasze poczucie rzeczywistości, co jest przecież sprzeczne z naszą naturą. Może być nawet niebezpieczne (na co wskazują długie dzieje nienawiści do teatru). To swego rodzaju popadanie w szaleństwo, ale tylko na chwilę. To, czego doznajemy w teatrze jest nieopisywalne, samo przedstawienie jest przecież ulotne - za każdym razem inne. Film raz nakręcony, pozostaje taki sam dla wszystkich następnych pokoleń. I w takiej niezmiennej formie opowiedzieli nam o tym twórcy "Birdmana" i "Sils Maria", pokazując jak wielka jest moc teatru i jak potężne jest jej oddziaływanie na artystów. Rola teatralna kradnie im jakiś skrawek duszy. Do aktu jego oddania muszą się starannie przygotować. Teatr zachłannie wciąga swoich twórców.

Dajmy się wciągnąć.

piątek, 27 marca 2015

Anna Kozłowska - O teatrze i aktorstwie w filmach

W Dzień Teatru spoglądam na historię i kina i wybieram 12 filmów, które w istotny sposób opowiadają o teatrze i aktorskich zmaganiach. Wszystkie świetne!


Tootsie, reż. Sidney Pollack
O pasji. Czyli o tym, że aktor pasjonat zagra wszystko poświęcając wszystko. O niezgodzie na fałsz i hipokryzję. Oraz oczywiście aktorskie fajerwerki w wykonaniu Dustina Hoffmana! Po tym filmie nikt już nie miał wątpliwości, że może zagrać pomidora i wszystkie inne warzywa, o czym świadczy słynna rozmowa z agentem: https://www.youtube.com/watch?v=BnHqiipcw6g


Aktorzy prowincjonalni, reż. Agnieszka Holland 
O teatrze. Dotkliwie i mądrze, czyli jak zawsze u Agnieszki Holland. O zmaganiach z tekstem, reżyserem, aktorami, okolicznościami i przede wszystkim z samym sobą. O przyzwoitości i łamaniu moralnych kręgosłupów. Nie tylko na prowincji i nie tylko w czasach PRL-u – o czym świadczy choćby ta rozmowa: https://www.youtube.com/watch?v=IBEjsFPDE3k


Wszystko o Ewie, reż. Joseph L. Mankiewicz
O tym, jaki to okrutny zawód dla aktorek. Tyle energii, trudu, upokorzeń, poświęceń, żeby wspiąć się na szczyt. I tylko po to, by natychmiast poczuć na plecach oddech konkurencji, młodszej i bardziej pożądanej. I wspaniała Bette Davis, która to wszystko dotkliwie rozumie, gdy na scenę wkracza aspirująca Marylin Monroe: https://www.youtube.com/watch?v=Y-V-00ryWnU



 
Strzały na Broadwayu, reż. Woody Allen
O nieznośnej egzaltacji aktorów (bez której nie byliby aktorami), o frustracji z powodu braku talentu oraz o tragicznych skutkach gdy na scenę wdziera się ambitna kochanka producenta, który nigdy w życiu nie był w teatrze. Kto choć raz obejrzał film pamięta z pewnością cudowne : „don’t speak!”, więc poniżej dla przypomnienia Dianne West w oscarowej kwestii: https://www.youtube.com/watch?v=r-yGbi0ycss&list=PL6leCFUlI8qLuo7OSL4B0m-e_zKdpmqAf 


Mefisto, reż. Istvan Szabo
O niebezpiecznych związkach artysty z władzą. O manipulacji władzy i rozbuchanej młodzieńczej ambicji. O tym, jak łatwo stać się marionetką propagandy. I o tym, że takie spotkania nigdy nie mają szczęśliwych zakończeń. I wyśmienity Karol Maria Brandauer! Poniżej zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=TdWCrJmaXzI
Bulwar Zachodzącego Słońca, reż. Billy Wilder
O porażającej sile przywiązania do bycia podziwianą przez publiczność. O aktorskiej magii z czasów, gdy czarowała Gloria Swanson. Arcydzieło. Poniżej link do ostatniej sceny filmu, gdy pada najsłynniejsza kwestia filmu: "I'm ready for my close-up...": https://www.youtube.com/watch?v=SA9lFsiut2Q


Hallo Szpicbródka, reż. Mieczysław Jahoda, Janusz Rzeszewski
O tym, jak zrobić spektakl (przedwojenną rewię), zwłaszcza gdy ma się duuuużo pieniędzy. O schodach, roztańczonych nogach Ireny Kwiatkowskiej, pięknych oczach Gabrieli Kownackiej i magnetycznym wdzięku Piotra Fronczewskiego. Cudowne! https://www.youtube.com/watch?v=jJjzbq0LNcI

  Zakochany Szekspir, reż. John Madden

O zakochaniu, czyli o tym, że bez miłości nie ma sztuki. O twórczej niemocy, artystycznej zazdrości, wyzwalanej kreatywności i brakach funduszy na twórczość. Błyskotliwe, zabawne, ironiczne, sprytne. Im lepiej zna się sztuki Szekspira tym większa rozkosz oglądania.  https://www.youtube.com/watch?v=i3Zi2N1Q8-Y

Ostatnie metro, reż. François Truffaut
O ratowaniu teatru i życia. O teatrze w Paryżu pod okupacją, czyli o wszystkich pracownikach teatru w sytuacji ekstremalnej. O postawach moralnych, wyborach i robieniu sztuki, mimo, że trzeba reżyserować z ukrycia. Plus Catherine Deneuve i Gerard Depardieu. Zwiastun poniżej: https://www.youtube.com/watch?v=BG1Rm9ip4Es


Czego nie widać, reż. Peter Bogdanovich
O kulisach teatru. O kłótniach, rozterkach, zdradach, rozbujanych emocjach i za dużej ilości drzwi. O tym, jak trudno ze sobą wytrzymać na próbach, jak trudno przeżyć premierę i każdy kolejny spektakl. I o gotowości brawurowego ratowania spektaklu, mimo że wali się wszystko… Ach i te zapasy artystycznych ego na próbach: https://www.youtube.com/watch?v=zjkRw2GAxRo


Birdman, reż. Alejandro González Iñárritu
O kosztach uprawiania tego zawodu, zarówno uprawianego z sukcesem jak i bez. O konsekwencjach zaszufladkowania i o lęku przed ryzykiem. O stale rozkołysanych emocjach, które wciąż jak na rollercoasterze. I o nadwrażliwych końcówkach nerwowych. O mocy i niemocy jednocześnie. Arcyprzysmak dla ludzi teatru. https://www.youtube.com/watch?v=8wM86-LAItg




Garderobiany, reż. Peter Yates
O aktorstwie. O wielkości i śmieszności. O miłości do teatru. O przyjaźni i wierności. Wesoło i wzruszająco. Przenikliwie o istocie sztuki teatralnej. I Albert Finney szarżuje jak na wielkiego aktora w wielkiej roli przystało! https://www.youtube.com/watch?v=MDkMB9Y_4nk


środa, 4 marca 2015

Anna Kozłowska - Podróżowanie z Kapuścińskim


      4 marca 2015. Kolejne urodziny Ryszarda Kapuścińskiego już bez jubilata. Ale wciąż są książki, do których w każdej chwili można zajrzeć. Po co? Skoro nie ma już świata, o którym pisał. Rewolucje minęły, wojny wybuchły już inne, nowe. Nie ma tamtych władców, dyktatorów i piesków, których portrety literackie należą do klasyki literackiego reportażu. Po co? A choćby po to, żeby podróżować.
      Z melancholijnym uśmiechem spoglądam na egzemplarz Podróży z Herodotem, który się ze mną napodróżował. Czytanie tej książki było dla mnie odkrywaniem moich własnych pasji. To oczywiste - tak dzieje się przy okazji wszelkich lektur napisanych przez pasjonatów i poświęconych ich pasjom. Podróże z Herodotem, jak wszystkie książki Kapuścińskiego, otwierają oczy i poszerzają horyzonty. Mi kazały się zatrzymać z dala od zgiełku i z dystansu przyjrzeć się Historii. I choć Historia przez duże H brzmi patetycznie, to właśnie tak było. Zwłaszcza, że część tej lektury odbywałam wśród egipskich piramid. Dlatego błąkając się po mosteczkach Wenecji wiem, że zaledwie 200 lat wcześniej błąkali się tam niejaki Goethe lub Byron. A Michał Anioł z tej samej perspektywy co ja patrzył na Zamek Świętego Anioła w Rzymie.

      I pewnie również dzięki Kapuścińskiemu nie odczuwam obcości w konfrontacji z inną kulturą. I brak poczucia niepokoju w zdawać by się mogło lekko niebezpiecznych miejscach czy też odradzanych. Mogę zagubić się o 2 w nocy w skomplikowanych uliczkach Kairu, zjadać dziwnie wyglądające „coś” sprzedawane przez okienko w neapolitańskim zaułku, włóczyć się po boskim Buenos przyglądając się tańczącym tubylcom, podróżować z kurami lokalnym autobusem w Maroku. I wcale nie chodzi mi o kretyńskie ryzykowanie własnego życia, zdrowia lub portfela. To tylko zwykła ciekawość pozbawiona kasandrycznego myślenia, że za chwilę coś mi się złego stanie. Bo w łeb można oberwać równie dobrze na Marszałkowskiej i kolor skóry z pewnością nie będzie miał nic do rzeczy. A czytanie takich książek oswaja z innością. Wzbudza chęć poznania tej inności, a nie tylko jej oznakowania.
      Czytając Podróże z Herodotem niemal na każdej stronie jest zdanie – myśl, nad którą warto się zatrzymać. I może dodać własną. A po co dziś czytać inne książki Kapuścińskiego skoro tamtego świata nie ma? Są nowe wojny, nowi władcy, nowe koalicje – ale mechanizmy wciąż te same. A skoro tak wnikliwie opisane, to wciąż są doskonała nauką. I wciąż z tej literatury można uczyć się świata.

 


wtorek, 24 lutego 2015

Kamila Straszyńska - Rzeczy niespotykanej dotąd piękności


 
       Zacznę od tego, że to wszystko jest dla mnie sytuacją dość niezręczną - tak podkochiwać się w gościu, który od dawna nie żyje. Nawet więcej -  przyznawać się do tego publicznie, a w reakcji nie widzieć specjalnego zdziwienia... Już przez samą moją emocjonalną relację z tym artystą przebijają malutkie promienie jakiejś Tajemnicy (może nawet Istnienia). Z kolei w aktualnym powszechnym uwielbieniu dla niego widoczny jest lekki brak logicznej spójności, taki sam jak w przykładowym Staruszku zmieniającym się z łagodnego człowieka w potwornego "pochronia" zabijającego małą dziewczynkę, która dopiero co wpełzła z lewej strony sceny. A w tym, że rok 2015 uchwalono jednocześnie rokiem OBU Witkiewiczów - ojca i syna, tkwi ostateczny groteskowy cios poniżej pasa dla obu z nich, choć pewnie nikt w Senacie nie miał tak okrutnych intencji. Gdyby jednak przyjrzeć się tej relacji bliżej, to chyba lepiej w grobach znieśliby wspólny rok Sienkiewicz i Gombrowicz.

       Metafizyczna atmosfera, która nad Witkacym krążyła za życia, do dziś przylgnęła do jego nazwiska. Już to jedno jedyne słowo wprowadza pewien niepokój. Zresztą, nie ma w tym nic zaskakującego, skoro człowiek ten bardzo mocno pracował nad (jakbyśmy dziś powiedzieli) swoim pijarem. Gdy pytam moich rówieśników i ludzi nieco ode mnie młodszych o pierwsze z nim skojarzenie zawsze najpierw pada: NARKOTYKI. Dalej leci coś o ekscesach, Czystej Formie, może o podpisach pod portretami słynnej Firmy. Idąc o krok w stronę naszej współczesności - pytam o ich skojarzenia z teatrem Witkacego. I znów nie dziwi mnie pewna doza niepokoju lub wręcz negacji ze strony widzów, bo większość reżyserów chce teksty Witkacego jeszcze dodatkowo na siłę udziwniać - a efektem tego są trwałe ślady na psychice biednego odbiorcy  (który prędzej sam zasnął niż odczuwał dziwność istnienia po wnikliwym zagłębieniu się w teatralną materię). Zwłaszcza w przypadku odbiorców niewyrobionych, niezaznajomionych wcześniej z twórczością i myślą geniusza.

       Dziś żyjemy w takim świecie, jaki Witkacy już dawno dla nas przewidział. Słusznie mówi profesor Lech Sokół, że zupełnie nie słuchamy jego ostrzeżeń. Zapadamy się coraz bardziej w szczęśliwy konsumpcjonizm i materializm, negujemy istnienie metafizycznej strefy świata. Witkacy był prorokiem upadku cywilizacji, który możemy paradoksalnie zobaczyć patrząc w najnowocześniejsze sprzęty. Jeśli rano wyglądam przez okno i widzę ogromne zaproszenie na pierwszą nagą randkę w ciemno (która nota bene ma nawiązywać do początku rodzaju ludzkiego), to w tym momencie mam ochotę dodać (d)ostatecznie dużo weronalu do porannej kawy. Człowiek XXI wieku nie tylko stracił prawdziwy indywidualizm podążając usilnie za narzuconą przez nie wiadomo kogo modą na totalną szczęśliwość. Człowiek XXI wieku stracił kontakt z czymś więcej niż tylko potrzeby ciała. Raczej bezpowrotnie.

       Chociaż - w tym może pomóc, mimo wszelkim trudom, niezmiennie obecny w literaturze i teatrze Witkacy. Oczywiście, średnio pomoże tym, którzy dziś kojarzą takie podobne słowo tylko z ekskluzywną trumną przy Alejach Jerozolimskich. Stanisław Ignacy Witkiewicz wykrzykuje do nas z tego miejsca, gdzie się znajduje (gdziekolwiek to jest), kopnięcie w metafizyczny tyłek, tak jak kiedyś całował metafizyczne pępki. Ten kop nie jest kierowany tylko w stronę teatru, który przez lata potrafił wspaniale czerpać ze spuścizny wariata z Krupówek, a teraz sprawia wrażenie, że oryginalna Czysta Forma jest passe. To przekaz do zwykłego zjadacza chleba, o ile tylko ten zechce go odebrać. Bo szukanie w sobie Tajemnicy Istnienia, poprzez najróżniejsze środki, może dać w efekcie "rzeczy niespotykanej dotąd piękności".

 


piątek, 20 lutego 2015

Kamila Straszyńska - darmozjady


 
           Pan Kowalski wzrusza się losem Zbigniewa Herberta, który nie poddając się za wszelką cenę upolitycznieniu w czasach PRL, musiał utrzymywać się z pracy kompletnie nie związanej z literaturą. Dokładnie rzecz biorąc pracował m.in. jako kalkulator chronometrażysta w Inwalidzkiej Spółdzielni Emerytów Nauczycieli "Wspólna Sprawa" albo starszy asystent w Centralnym Biurze Studiów i Projektów Przemysłu Torfowego Torf projekt (sic!). Pisał do szuflady wspaniałe wiersze, które dziś tłumnie recytuje się na wszelkich konkursach, choć nie był artystą docenionym dopiero po śmierci. Skromne podróże, których owocem są takie teksty jak np. Barbarzyńca w ogrodzie, opłacał z malutkich sum, jakie otrzymywał za swoją twórczość.

            Pani Kowalska organizuje ślub swojej córki. Wydaje dzikie ilości pieniędzy na sukienkę, na salę weselną, na kościół, na dekoracje i podróż poślubną. Minimalny koszt jedzenia dla jednego gościa to 160 złotych - bo przecież mniej nie wypada, a i gości trzeba zaprosić sporo, żeby był prestiż. No i jaka ceremonia może się obyć bez muzyki na żywo? I następuje zdziwienie - to muzycy nie za darmo? I jeszcze gorszy szok, że 300 złotych za wieczór grania, to dosyć mała stawka.

            Państwo Kowalscy czytają w gazecie o proteście w Filharmonii. Pracownikom instytucji narodowej nie starcza do pierwszego. Jak ktoś ma szczęście, to ma drugą pracę w innej orkiestrze, jak jest obrotny - zakłada własny zespół, jak ma pecha - dorabia na taksówce. Państwo Kowalscy po analizie rynku pracy dochodzą do stwierdzenia, że każdy artysta powinien pracować jak wszyscy, nie narzekać i cieszyć się, że w ogóle pracuje w zawodzie. A Filharmonia to "XIX- wieczna forma popularyzowania kultury", więc i po co to komu dzisiaj, w dobie You Tube'a. Co więcej nie wytwarzają żadnych konkretnych dóbr, nie świadczą usługi, a domagają się pieniędzy. Darmozjady. To samo cała reszta - malarze, aktorzy, pisarze. Przydatni jedynie, gdy mogą na chwilę zabawić zapracowanych pracowników korporacji.

            Jednak żadnym Kowalskim ani Nowakom nie przyjdzie do głowy, że darmo-zjady nic za darmo nie dostają. Że ta przyjemna praca, za którą według ciężko harujących urzędników należą się co najwyżej brawa i uścisk dłoni prezesa, to lata poświęcone na doskonalenie umiejętności, to godziny przezwyciężania samego siebie, walki w rywalizacji nie na żarty. To czasem znoszenie konieczności sprzedawania własnej twarzy, ambicji i idei. Co dostaje w zamian artysta, którego dzieło trwa tylko w momencie jego wykonywania? Łatkę darmozjada. A gdzie podziewają się współcześni Zbigniewowie Herbertowie? W Leroy Merlin w dziale z gniazdkami elektrycznymi.

 


poniedziałek, 2 lutego 2015

Kamila Straszyńska - się czyta


 
Dziwne. W raporcie Biblioteki Narodowej o stanie czytelnictwa na rok 2014 widzimy straszne rzeczy. Według statystyk coraz mniej ludzi korzysta z bibliotek, kupuje książki czy jest w stanie przeczytać tekst dłuższy niż 3 strony maszynopisu. Ilość wydawanych w Polsce książek jest niepomiernie mniejsza niż w pozostałych krajach Unii Europejskiej. Około 40% społeczeństwa czyta jedną książkę na cały rok, a tylko 11% - 7 lub więcej. Porażająco niskie zainteresowanie czytaniem według sondaży kłóci się jednak z ostatnio zauważalną tendencją.

Chyba każdy dostrzegł, że czytanie jest teraz modne. Chcesz być cool?  Dobrze się ubieraj, pij kawę i dużo czytaj. To oczywiście nie jest zła moda - to wspaniale, że książki ciągle mają wyższy "status społeczny" niż X Factor. Czasami trend przepoczwarza się w przerost formy nad treścią i ludzie zaczynają nosić wszelkie możliwe tomiszcza na wierzchu - żeby WSZYSCY WIDZIELI. To jednak pojedyncze wypadki.  Ogólne i coraz bardziej powszechne umiłowanie czytania,  to wspaniały znak na przyszłość. Nawet facebookowe chwalenie się ilością zaplanowanych książek na 2015 rok, to coś pozytywnego, zwłaszcza przypominając sobie te potworne statystki Biblioteki Narodowej.

Nikt nikogo do czytania nie może zmusić. Każde dzieło, nawet najlepsze, wpychane na siłę w szkole jako lektura, wydaje się męczarnią nie do przejścia (o ile w ogóle zadamy sobie trud sięgnięcia po nie). Z kolei własny czytelniczy wybór potrafi przesłonić realny świat. Czyta się wtedy wszędzie i zawsze, a gdy podniesie się wzrok znad książki, trzeba dać sobie chwilę, by przypomnieć sobie - gdzie ja właściwie jestem. Bycie czytelnikiem to pewien styl. Moda przemija - styl nie.