niedziela, 16 października 2016

Kamila Straszyńska - Nikt tak pięknie nie mówił o...



Jesteśmy zaatakowani z bliskiej odległości. Wpatrujemy się w oczy, serca, dusze, pory skóry
i zmarszczki.  Bliskość nigdy nie zostawia nas obojętnych. Zaatakowani wchłaniamy w siebie ogromne pokłady emocji postaci na ekranie i przeżywamy swoje własne historie pod opowiadaną fabułą. Tak prowadzi nas Xavier Dolan przez swoją opowieść, zapewniając nas uspokajająco,
że To tylko koniec świata.
Główny bohater powraca do rodzinnego domu po 12 latach nieobecności. Są setki powodów,
dla których dom się opuszcza i równie dużo, dla których się powraca. Ta sytuacja jest jednak ekstremalna:  niecodziennie ma się do przekazania najbliższym zapowiedź swojego rychłego końca. Delikatnie zarysowując niezwykle wysoką stawkę Dolan chwyta nas za gardło na kilka godzin
i w niezmiennym napięciu opowiada coś znacznie więcej niż można by się spodziewać po rodzinnym dramacie. Ta podróż do domu to podróż w przeszłość. Trudna i wycieńczająca. Co więcej nie dająca nadziei.
Przychodzą chwile, gdy człowiek staje przed ścianą i szukając w niej przejścia, by móc iść dalej, chce zacząć drogę od początku. Potrzebuje wrócić do punktu wyjścia, znaleźć swoja stałą bezpieczną przystań. Poczuć się gdzieś w domu i odpocząć. Ta potrzeba jest tym silniejsza, im dalej człowiek wypłynął. Tylko, że do pewnych portów, raz je opuściwszy, nigdy nie można już zawinąć.
Kto odważył się wyruszyć, jest skazany na tułaczkę.

Rodzina to nie raz zrobione zdjęcie kilku osób, nie można do niej sięgnąć w wolnej chwili i znów być dzieckiem. Nieważne jak mocno by się tego pragnęło. Jak bardzo by się za tym nie tęskniło. Czas zmienia wszystko. A to, co minęło, zdaje się być zamknięte w idealnej piękności pudełkach 
ze strzępkami wspomnień - obrazami, wrażeniami, zapachami. I pozostaje nieuchwytne. Zatem nic dziwnego, że podróże w przeszłość są tak męczące - są w końcu mierzeniem się z teraźniejszością.
Z rzeczywistością do jakiej sami doprowadziliśmy.

U Dolana jest cały ten sentyment i ból, który sentymenty zwykły prowokować. Jest wielka miłość
i nieumiejętność poradzenia sobie z nią. Bo czym jest matczyna albo braterska miłość - jak wypada
ją okazać, a jak się ją rzeczywiście okazuje? Czy może zniknąć przez lata? I wreszcie pytanie: gdzie jest nasz dom? Dolan buduje go w niewidzialnej sferze między ludźmi: w ich oddechach, dotyku
 i spojrzeniach. W ich bólu i przywiązaniu. Atmosfera jest tak gęsta, że można ją pokroić tym samym nożem, co ciasto na cześć wizyty tak niespodziewanego gościa jak rodzony syn i brat.  Tylko czy
w tym zaduchu można wziąć jeszcze ożywczy głęboki oddech czy raczej zadusić się na dobre... ?


Scenariusz To tylko koniec świata powstał na podstawie sztuki teatralnej Jean-Luc'a Legarce'a.


wtorek, 11 października 2016

Anna Kozłowska – Podróż z Wajdą


Wychowałam się na filmach Andrzeja Wajdy. Poprzez filmy uczył mnie wielu ważnych rzeczy. Polskości i patriotyzmu. Mądrego patriotyzmu z wszelkimi wątpliwościami. Rozumienia Historii, a raczej jej miażdżącego wpływu na ludzkie losy. Mówienia o sprawach istotnych. Borykania się z pamięcią. Osobistą i narodową. Przyglądania się człowiekowi w sytuacji osaczenia, stłamszenia, upokorzenia, bo to właśnie w tych ekstremalnych sytuacjach ujawnia się prawdziwy kręgosłup moralny. Uczył odwagi. Również tej artystycznej. Mocnej pointy – i sceny i filmu. Kompozycji obrazu. Twórczego korzystania z arcydzieł malarstwa. Współczesnego czytania literatury. Wrażliwego obrazowania literatury. Oraz tego, że sztuka wynika z nieokiełznanej wyobraźni artysty.
Że jest wybitnym reżyserem wiedziałam od zawsze, bo tak mówiło się w moim rodzinnym domu. Nie wiem, który film i kiedy zobaczyłam jako pierwszy. Ale doskonale pamiętam, który i kiedy obejrzałam z pełną świadomością. W czasach, gdy chodziłam do Ogniska wspólnie z dwójką przyjaciół zobaczyliśmy „Kanał”. To był strzał i w serce i w mózg i we wszystkie zmysły. W 95 minut stałam się wypełnioną heroizmem Polką okrutnie zgwałconą przez Historię. I gotową stanąć do walki o ideały, nawet z tą okrutną wiedzą jak marnie kończą ideowcy.  
„Popiół i diament” odkrył świat metafory filmowego obrazu. Metafor wstrząsających, gęstych od znaczeń, poruszających jak choćby ta z płonącymi kieliszkami. Lub ta gdy w „Kronice wypadków miłosnych” starszy już Tadeusz Konwicki idzie przez las swojej młodości. 
„Niewinni czarodzieje” to gra pudełkiem zapałek (wszyscy zafascynowani filmem osiągnęliśmy wówczas mistrzostwo w podrzutach) oraz portrety trzech kobiety rozpaczliwie walczących o uwagę mężczyzny. Potem „Polowanie na muchy”, czyli wielkie okulary Małgorzaty Braunek, szybki kurs niezależności i pokaz życiowego miotania się. Ekstatyczne „Wesele”, brawurowa „Ziemia obiecana”, moralny niepokój „Bez znieczulenia”, iskrzący pomysłami „Piłat i inni”. I formujący „Człowiek z marmuru”, bo któż by nie chciał być jak Agnieszka w wykonaniu Krystyny Jandy i z taką zaciętością walczyć i przeciwstawiać się głupiej i ograniczonej władzy. I jeszcze inny aspekt kobiecości, ten w „Pannach z Wilka”, gdzie znakomite aktorki jednym spojrzeniem wygrywają monologi o przegranym życiu. Po obejrzeniu „Krajobrazu po bitwie” zrozumiałam czym jest emocjonalnie spustoszenie ludzi zakażonych wojną. „Korczak” pokazał, by biografii ludzi niezwykłych nie kręcić „na kolanach”. I jeszcze malarski „Pan Tadeusz”, gorączkowy „Człowiek z żelaza” i do bólu polski „Wałęsa”. I wreszcie jeden z najmocniejszych „Wszystko na sprzedaż”, film, który postawił artystom lustro, by musieli się w nim przejrzeć. Z porywającą rolą Elżbiety Czyżewskiej – „niech mnie wszyscy kochają”: https://www.youtube.com/watch?v=up3zBlcuER8
Obejrzałam wszystkie filmy Wajdy, wiele z nich mam w krwiobiegu. I choć nie wszystkie okazały się najważniejsze, to wszystkie stały się częścią mojego życiorysu. I każdy był ważnym spotkaniem (skoro do dziś mogę odtworzyć okoliczności gdzie/kiedy/z kim).
Ostatnie odbyło się 22 września na festiwalu filmowym w Gdyni na specjalnym pokazie „Powidoków”. 90-letni Mistrz z uśmiechem na ustach zapowiadał kolejne filmy. A tymczasem pokazał poruszającą opowieść o artyście degradowanym przez karłowatą władzę. Z genialną metaforą gdy Bogusław Linda jako Władysław Strzemiński walczy o oddech wśród lawiny manekinów. I wyciągnięty palec kiwającej się ręki manekina. Jak wahadło zegara. Ten obraz zostanie jako ostatni.

Taka była moja podróż z Wajdą. Tym, którzy powoli wchodzą w dorosłe życie życzę aby odbyli swoją własną drogę z Jego filmami. Lub, żeby znaleźli takiego reżysera, któremu będą zawdzięczać tak wiele, jak ja Andrzejowi Wajdzie.  

czwartek, 23 czerwca 2016

Kamila Straszyńska - (I)granie z samym sobą, czyli clownerie


Stoisz przed grupą ludzi. Nawet jeśli są to twoi przyjaciele, teraz są zupełnie obcy. Wszystkie wasze wspólne przeżycia nie mają w tej chwili żadnego znaczenia. Ich surowe twarze napawają cię niepewnością.  Zastanawiasz się jak stąd uciec, jak się wymknąć niezauważenie z tej sytuacji. Jednak możliwość ucieczki nie istnieje, jedyna droga prowadzi przez spojrzenia ludzi siedzących naprzeciw ciebie. Zaczynasz wpadać w panikę, czujesz się strasznie, całkowicie odarty z jakiejkolwiek warstwy ochronnej. Nagi psychicznie. Bezsilność i uczucie zażenowania pochłaniają całą twoją uwagę do tego stopnia, że nie panujesz już w zasadzie ani nad swoimi ruchami, ani nad głosem, ani nawet nad myślami. Wrażenie jakie odnosisz teraz, jest znacznie silniejsze, niż w jakiejkolwiek innej sytuacji tego typu, która kiedykolwiek ci się przytrafiła.

To nie jest opis strasznego snu albo jakiegoś demonicznego rytuału.  Tak się czuje człowiek, który musi wykonać zdawałoby się proste ćwiczenie teatralne - wyjść przed grupę i ją... rozśmieszyć. Wszystko opiera się na improwizacji, ale zanim wyjdziesz na scenę, musisz mieć przecież w głowie jakiś pomysł, który przychodzi ci na szybko. Wychodzisz zatem pewnie przed kolegów, wykonujesz swój spektakularny (mniej lub bardziej) numer i czekasz na falę śmiechu, która - niestety - nie nadchodzi. Ta cisza wali cię obuchem w łeb. Tracisz z przerażenia przytomność na ułamek sekundy, ale wracasz do żywych, żeby jakoś się z tego impasu wyratować. I próbując poprawić sytuację, zazwyczaj tylko się pogrążasz. Łapiesz się wszystkiego, cytujesz wszystkie żarty, które poza salą zawsze wywołują salwy śmiechu wśród tych samych ludzi, którzy teraz na ciebie patrzą. Nikt się nie śmieje. W głowie pojawia się niepewność: to ci sami ludzie czy te żarty po prostu nigdy nie są śmieszne? Poddajesz w wątpliwość każde zdanie jakie do tej pory wypowiedziałeś w życiu, aż dochodzisz do pierwszych słów, których uczyli cię rodzice i nawet ta sytuacja wydaje ci się żenująca. Jesteś zanurzony w poczuciu żenady po sam czubek głowy. To, że jeszcze się w nim nie utopiłeś, to tylko kwestia czasu. W końcu w wyniku jakiejkolwiek absurdalnej czynności, którą wykonujesz w czasie, gdy wewnętrznie rozpadasz się na kawałki, komuś - przez litość - przemknie przez usta cień uśmiechu. Nareszcie jesteś wolny. Wracasz na swoje miejsce z lekko trzęsącymi się nogami, a twoja osobowość powoli zaczyna łapać powietrze po całym tym zabójczym seansie.



Z tego uczucia rodzi się klaun.  Kiedy znajdujesz się na dnie oceanu żenady i załamania swoją kondycją ludzką - wtedy jesteś na początku poszukiwania tego wewnętrznego alter ego, które wyprowadzi cię z tej sytuacji zwycięsko. Klaun sam stawia przed sobą największe możliwe przeszkody, aby na koniec odnieść triumf. Podskakuje do lecącego tortu, idzie na potańcówkę ze złamaną nogą, wychodzi bez parasola w sam środek burzy. I w każdej z tych sytuacji, w których wydaje się być na przegranej pozycji, klaun ostatecznie jest zwycięzcą pokonującym z mniej lub bardziej przekonującym skutkiem swoje ograniczenia.


Klaun to ty. To nie postać, którą można odegrać. To igranie z samym sobą i ze swoim poczuciem porażki. Nie można się od tego zdystansować jak od roli komicznego nieudacznika. Trzeba stanąć twarzą w twarz z obrazem samego siebie, z wizją, którą kreujemy dla innych lub dla swojego ego i roztrzaskać ją na kawałki. Jest się wtedy pozbawionym wszelkich warstw ochronnych, ale też wszelkich ograniczeń. Nic nie jest zabronione dla wewnętrznego dziecka, które uruchamia się, gdy jesteśmy w teatrze.  I nic nie jest narzucone.  Poszukiwanie ukrytego w nas klauna, to swoista droga do wyzwolenia. Droga usiana przeszkodami, które sami przed sobą stawiamy. Wygrywając każdą z walk ze swoim poczuciem zażenowania dochodzimy do punktu, w którym te przeszkody wydają się pozbawione sensu. Nic już nie jest w stanie nas pokonać na poziomie małych, codziennych przykrości, które potrafią uczynić z nas idiotów. Wtedy przechodzi się na trudniejszy grunt, w którym można zakwestionować nawet sens istnienia. Czyż ludzkie życie w swojej ulotności i zniewoleniu nie wydaje się czasem śmieszne? Czy jest coś śmieszniejszego od małego człowieczka, który bije się z losem, pokonuje tysiące przeciwności, by na koniec po prostu przestać istnieć? Klaun - egzystencjalista igra ze sobą i potencjalnym widzem na cienkiej granicy między komedią a tragedią.  I jak często także w realnym życiu śmiejemy się przez łzy? To czysta esencja istnienia - intensywne wymieszanie porażek i zwycięstw,  smutku i radości, łez i wybuchów śmiechu. Przekonujemy się o tym patrząc na wielkich klaunów jakimi byli Buster Keaton czy Charlie Chaplin, ale warto też czasem przekonać się na własnej skórze, by doznać tego wyzwalającego olśnienia i spróbować zawalczyć o obalenie wewnętrznych (najczęściej absurdalnych) barier. 

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Kamila Straszyńska - Sprawy osobiste



Jest niezwykła. Mogłabym wpatrywać się w nią godzinami z zachwytem. Twarz Judyty z obrazu Caravaggia nie jest zwyczajnym portretem. Zresztą nie mogłaby być zwyczajna chociażby ze względu na przedstawioną sytuację. Ucinanie komuś głowy nie należy do codziennych czynności przeciętnych dziewcząt z dobrego domu.  Ale żarty na bok. Scena jest dramatyczna w biblijnym opisie i w każdym innym przedstawieniu. Jednak obraz Caravaggia ma w sobie pewną przewagę, która sprawia, że to arcydzieło fascynuje. Te twarze, zwłaszcza Judyty, mają w sobie ekspresję tak prawdziwą, że aż przerażającą. Judyta - młoda piękność - trzyma w rękach ucinaną głowę i patrzy na nią ze strachem i obrzydzeniem. Tak bardzo wyczuwalna jest jej niechęć do popełnianego czynu, że budzi współczucie. Jej niewinna buzia nie pasuje do makabry, do której została zmuszona.  Jej ciało odchyla się jak najdalej od tryskającej krwi Holofernesa, jakby nie chciało brać udziału w tym, czym zajmują się ręce. Judyta patrzy na miecz w swoich dłoniach z dystansu, tak jakby była myślami gdzie indziej, jakby śniło jej się, że zabija człowieka. Strach i obrzydzenie (fizyczne i moralne) tej, w swojej istocie, niewinnej dziewczyny, potęguje kontrast z odrażającą twarzą staruchy, która prawie ze zwierzęcym pożądaniem patrzy na krwawą scenę. Nadstawia worek, do którego za chwilę trafi odcięta głowa wroga. Cała jej postura wyraża ekscytację chwilą, maksymalną koncentrację na każdym ruchu Judyty.  Konwulsje Holofernesa i podniecenie starej należą do niskiego świata dzikiej ludzkiej natury. Tymczasem Judyta wydaje się poruszać w zwolnionym tempie, być daleko poza namiotem babilońskiego wodza. To forma ucieczki od świadomości potwornych czynów, których się dopuszcza. Jej spojrzenie na porażonego strachem mężczyznę, który prawdopodobnie jeszcze przed chwilą krzyczał, a teraz zamarł w jeszcze bardziej przerażającej ciszy i w ostatnim odruchu obronnym, wygląda na skupione bardziej na wewnętrznej ocenie samej siebie, niż na współczuciu lub determinacji morderczyni. Judyta myśli o sobie i o tym, czy jeszcze kiedyś będzie mogła zasnąć, nie widząc każdej nocy szeroko otwartych oczu, tryskającej z szyi krwi, ręki zaciśniętej w panice na poduszce...



Patrzę na Judytę i zastanawiam się, jak to jest możliwe, że Caravaggio tak wnikliwie zbadał jej wnętrze i dał nam jego obraz. I to z tak nietypowej perspektywy.  Czyż nie jest ona po prostu wyrachowaną morderczynią? Na tym obrazie nie jest nią w najmniejszym stopniu, być może dlatego, że Caravaggio wiedział co maluje. Bynajmniej nie w sensie pogłębionej znajomości Biblii. Wiódł bardzo burzliwe, wręcz awanturnicze życie. Był świadkiem bójek, rozrób, morderstw. Sam zabił młodego chłopaka - Ranuccia Tomassoniego. Prawdopodobnie nieumyślnie, jednak fakt pozostaje faktem.  I kolejny raz potwierdza się przekonanie, że życie artysty niezmiennie wpływa na jego twórczość. Doświadczenia z rzymskiego półświatka uczyniły z Caravaggia włóczęgę, ale wcześniej dały mu materiał na stworzenie jego arcydzieł. Mnogość sytuacji w jakich się znajdował, najróżniejsze postaci, które spotykał, od prostytutek po kardynałów, były podstawą dla jego przenikliwej natury do oddania różnorodności ludzi i świata. Oczywiście dzięki niecodziennemu talentowi udało mu się przelać swoje obserwacje na płótna, które do dziś fascynują. Zachwycają swoją prawdziwością, chwytają za serce bliskością - widma, które już dawno należą do świata zmarłych (czy mówimy o postaciach biblijnych czy o modelach, którzy się w nie wcielili) stają przed nami z całą swoją materialnością i duchowością.  Patrzymy w ich oczy, jakby to byli żywi ludzie. Bo kiedyś byli żywi i pozostają żywi, choć zamknięci w tym ułamku sekundy, w którym uchwycił ich artysta. Ten ułamek sekundy trwa wiecznie. 

sobota, 23 kwietnia 2016

Kamila Straszyńska - Nie jesteś sam, bracie

Dziś wielkie święto. Wręcz atak. Jedna twarz zdominowała ostatnio całą przestrzeń publiczną. Twarz i liczba 400. Można nawet kupić bilety do teatru za 400 groszy.  Cały świat celebruje szekspirowską okrągłą rocznicę.  I nie ma w tym nic dziwnego, w końcu mowa o dramaturgu wszechczasów. Mam wrażenie, że Szekspir jest obecny w naszym życiu nie tylko dzisiaj, a od pierwszej do ostatniej sekundy. Ta obecność w kulturze europejskiej jest tak oczywista jak to, że patrząc w lustro widzę własne odbicie. A jeśli przeglądam się w lustrze swojej tożsamości kulturowej, to ta obecność stanie się wręcz fizyczna i spojrzę w oczy geniusza ze Stratfordu. Bo kim jest dla nas - Europejczyków - Szekspir?  Czy jest tylko wybitnym pisarzem, autorem słynnych sztuk? Jednym z punktów na liście lektur wykształconego człowieka?


Szekspir jest stworzycielem świata. Ten genialny w swojej prostocie, wnikliwy obserwator rzeczywistości, potrafił w słowach oddać sens wszystkich targających nami uczuć i emocji. W swoich dramatach wytłumaczył nam czym są ambicja, zazdrość, pożądanie, miłość. Dał nam podstawy wspólnej wyobraźni, która jest pierwszym krokiem do prawdziwego (po)rozumienia. Gdy mówię, że "źle się dzieje w państwie duńskim", albo pytam: "Romeo, czemu ty jesteś Romeo", nie muszę dodawać nic więcej. Nieważne gdzie jestem. To prawdziwie uniwersalny język,  który jest zrozumiały nawet w chaosie spod wieży Babel. Choć nie wiem jak wielkie poczucie wyobcowania towarzyszyłoby mi w dalekiej i długotrwałej podróży, Szekspir jest szansą na nić porozumienia. Żaden inny autor nie ma takiej siły oddziaływania, bo też żaden inny nie zagłębił się tak w to, co wspólne wszystkim ludziom. Żaden inny tak dobrze nie pojął sensu ludzkich uczuć.

Oprócz tego Szekspir, choć nie stąpa po ziemskim padole już od czterech wieków, jest dla nas bliskim, wspierającym przyjacielem. Ile razy wydawało nam się, że tylko my jedni na całym globie przeżywamy niewyobrażalne katusze zawiedzionych miłości czy boimy się własnych (czasem mrocznych) ambicji. Że tylko my zastanawiamy się po co i dlaczego żyjemy. Szekspir jest tym, który mówi: Nie jesteś sam, bracie. Uświadamia nam, że pewne pragnienia i obawy dzielimy wszyscy. Odsłania przed nami nasze dusze. Czytając Szekspira patrzymy na samych siebie z dystansu. Tak, jakbyśmy rozmawiali z mądrym przyjacielem, dzięki któremu zaczynamy rozumieć samych siebie.

Istnieje tysiąc teorii spiskowych na temat prawdziwej tożsamości autora "Hamleta". Jednak zadawanie sobie pytania: kto napisał sztuki Szekspira wydaje mi się zupełnie pozbawione sensu. Kimkolwiek nie byłaby ta osoba i tak dla całego świata jest... Szekspirem. Gdyby nie istniał, musielibyśmy go wymyślić. (Jak na stworzyciela świata przystało). Czy ktokolwiek mógłby chwycić jego czaszkę i powiedzieć: "Alas, poor Shakespeare, I knew him" i być w tym naprawdę szczerym i przekonującym? Czy ktokolwiek mógłby potwierdzić jego istnienie/ nieistnienie niepodważalnym dowodem? Ciężko powiedzieć, ale ostatecznie jedna twarz stała się symbolem, którego nie jest w stanie obalić żadna teoria. Próby zniszczenia mitu wielkiego dramaturga przypominają trochę złowieszcze plany przejęcia władzy nad światem z filmów science - fiction. Teraz ja, badacz mrocznych tajemnic przeszłości, obalę podstawy rzeczywistości i przejmę kontrolę nad ludzkością! Przykro mi, badaczu, to się nie uda. To jest legenda, na której opiera się ludzka wyobraźnia od 400 lat i będzie się opierać co najmniej drugie tyle.



środa, 13 kwietnia 2016

Kamila Straszyńska - Odwaga zapomnienia



Czy istnieją rzeczy wieczne? Co w ogóle znaczy "wieczny"?  Istnieją przecież zjawiska, które trwają w czasie i przestrzeni nawet przez setki lat, ale tak bardzo tracą na ważności, że nawet ich nie dostrzegamy. Niektóre przyjmujemy za pewnik, stały element rzeczywistości. Tak zazwyczaj pojmujemy też dzieła sztuki. Vita brevis, ars longa. Artystom wydaje się, że zyskują nieśmiertelność pozostawiając po sobie niezniszczalną spuściznę. To, co może jednak zburzyć pomnik trwalszy niż ze spiżu, to zapomnienie. Co z tego, że przetrwają manuskrypty, że obrazy będą wisiały za szklaną osłoną, jeśli zostaną zapomniane, wyrzucone ze społecznej wyobraźni? Czy wtedy, nawet gdy będą fizycznie istnieć, będą wieczne?

Dzisiejsza sztuka opiera się w głównej mierze na konceptualizmie. Ten barokowy charakter objawia się w wielu aspektach współczesności. Na intrygującym pomyśle, intelektualnej rozkoszy rozwiązywania zagadek zamkniętych w dziele bazują przede wszystkim sztuki wizualne. W zasadzie już od Duchampa i dadaistów koncept zaczął przeważać nad aspektem technicznym wykonania. Teorie artysty są absolutną podstawą do obcowania z jego pracami. Filozofia bywa jedynym powodem, dla którego dany przedmiot pojmujemy jako sztukę. Dlatego od doktryny należy zacząć, albo chociaż na niej skończyć. Zazwyczaj trzeba przebyć drogę przez negację wszystkiego, co dotąd było pewne.

Współcześni artyści negują nie tylko dotychczasowe techniki artystyczne, ale także przekonania, przyzwyczajenia i obecną filozofię postrzegania sztuki. Jak to robią? Podam bardzo aktualny przykład. W notabene Wiecznym Mieście pojawiła się ostatnio  (w tym miesiącu) nowa praca Williama Kentridge'a. Wzdłuż Tybru narysowane zostały postaci i fragmenty historii Rzymu, w losowej kolejności, tak triumfy, jak i porażki (tytuł dzieła to Triumphs and Laments). Przechadzając się nad rzeką, na długości 500 metrów możemy spotkać 80 figur. Są tam starożytni bogowie i śmierć wyobrażająca średniowieczne plagi. Jest Wilczyca Kapitolińska i Anita Ekberg w Fontannie Di Trevi. A wszystko wykonane techniką... czyszczenia murów. Projekty Williama Kentridge'a jakby wyłoniły się z kamieni po zmyciu z nich fragmentów kurzu minionych stuleci.

W tej pracy Kentridge gra z ludzką pamięcią. Nie chodzi wyłącznie o to, że przywołał przeszłość. Odświeżając ściany, odświeżył też zbiorową pamięć miasta i jego mieszkańców. Ale siłą tego projektu jest niezwykle odważny koncept. Koncept zapomnienia. Ze względu na technikę wykonania za kilka lat rysunki znikną. Jest to pewne i w pełni świadome ze strony artysty. W tej odwadze stworzenia czegoś, co przestanie istnieć, znajduję coś niezwykle wzruszającego. To prawdziwie głęboka refleksja nad przemijaniem i naszą pamięcią. To wielka moc autora w nietrzymaniu się kurczowo nieśmiertelności. Pozwala przeminąć swojemu dziełu, jak i on przeminie. I tak jak przeminęły wszystkie wymalowane wzdłuż Tybru wydarzenia i osoby.

Nie tylko innowacyjne metody i pomysły stanowią o randze dzieła sztuki. Wszak rysunek to jedna z najbardziej tradycyjnych form sztuk pięknych. Także koncept nie musi opierać się na pogłębionych studiach indyjskich rytuałów, by być piękny i dający do myślenia. William Kentridge z całą prostotą swojego pomysłu, stworzył coś, co podoba się i oku i duszy.

(Aż ciśnie się na usta: mniej znaczy więcej.)








*** 

Nie tylko projekt Triumphs and Laments jest igraniem z ulotnością sztuki. William Kentridge pracując nad swoimi dziełami, często powraca do metody tworzenia wielu obrazów na jednym płótnie, zmazując poprzednie elementy. Stare rysunki znikają, żeby na ich miejsce mogły pojawić się nowe. Artysta rejestruje jednak wszystkie fazy na zdjęciach. W wyniku ich montażu powstają piękne, surrealistyczne animacje. 

"Felix in exile" to impresja na temat straty. Opowiada o mężczyźnie, który dowiaduje się, że jego żona nie żyje. Warto dodać, że William Kentridge urodził się i wychował w RPA, gdzie na własne oczy widział skutki apartheidu. Jego prace często nawiązują do tego tematu i stanowią próbę rozliczenia się z przeszłością.







Więcej o artyście:

sobota, 26 marca 2016

Kamila Straszyńska - język innej miłości / na międzynarodowy dzień teatru


Od początku XX wieku w teatrze zaczęła zmieniać się rola słowa. Artystyczne poszukiwania wiodły aktorów, reżyserów i teoretyków (nieraz wszystko w jednym) coraz dalej od klasycznej koncepcji przedstawienia teatralnego, poszerzając pole możliwości aż po negację wszystkich dotychczasowych zasad. I tak słowu mówionemu i pisanemu dostało się chyba najmocniej. Czy słusznie - nie będę oceniać. Nie podlega jednak wątpliwości, że słowo ma wielką moc. Na stronach książek czy na deskach teatru - pobudza wyobraźnię. Słowo w ustach aktora ma siłę. A w ustach aktora wybitnego ... jest magiczne.

Magia jest tutaj jak najbardziej na miejscu, bo nie da się inaczej wytłumaczyć pewnych zjawisk w sferze teatralnej. Zjawisk takich jak wieczór poezji neapolitańskiej deklamowanej przez Toniego Servillo. Wyobraźmy sobie klasyczny teatr ze sceną all'italiana. Na środku czarnego podestu stoi pojedyncze drewniane krzesło, a obok pusty pulpit. Zapalają się reflektory, na scenę wychodzi maestro. Starszy, niepozorny pan (choć kto widział Grande Bellezza, to wie, że nie taki znowu niepozorny). Opierając się prawą ręka o pulpit, kłania się publiczności. Brawa. Jesteśmy na koncercie słowa. Maestro staje za pulpitem i zaczyna czytać. A ja ... absolutnie nic nie rozumiem, ponieważ mówi bardzo szybko w pokręconym neapolitańskim dialekcie. Wysilam wszystkie swoje komórki mózgowe, ale na koniec stać mnie tylko na wymianę zrezygnowanych spojrzeń z francuską przyjaciółką. Myślę, cholera, ale się wpakowałam. Podejmuję jednak jeszcze jedną próbę. I wtedy w teatrze pojawia się magia.

Toni Servillo zaczyna mówić nie do mojego mózgu, tylko do mojej...Nie wiem do czego. Duszy? Serca? Wrażliwości? Zanurzam się po czubek głowy w jego opowieści i choć naprawdę nie rozumiem, kto jest kim i o czym dokładnie mowa, to czuję to wszystko, co chce przekazać maestro. Widzę ten Neapol ukryty pod warstwą, zdawałoby się nieistotnych, słów. Widzę autora, który stoi w południowym słońcu i obserwuje swoich rodaków w trakcie typowej kłótni na targu. Widzę starsze kobiety, które licytują się przed świętymi wizerunkami, która bardziej zasługuje na bożą łaskę. Widzę to w słowach i głosie Toniego Servillo. I tak jak na początku mój mózg parował od wysiłku intelektualnego, tak po jakimś czasie zaczynam odbierać doświadczenie teatralne zupełnie innymi receptorami.

Zatem czy słowo w teatrze jest ważne? Nie tak powinno się podchodzić do tej kwestii, nie tak powinno być zadane pytanie. Co postrzegamy w teatrze, po co do niego przychodzimy? Zobaczyć znane twarze? Obejrzeć mniej lub bardziej interesującą historię z życia fikcyjnych ludzi? Zachwycać się wybujałym pięknem scenografii lub doceniać jej prostą acz genialną koncepcję? Nie. Do teatru przychodzimy przeżyć coś więcej niż jest nam w stanie zaproponować codzienność. Spojrzeć na rzeczywistość przez pryzmat całej wrażliwości, która nie znajduje zastosowania pragmatycznym, nowoczesnym życiu. Bo przecież co było zachwycającego w starszym panu, który czytał poezję? Uczucie porozumiewania się mową w języku innej miłości, która wychodzi daleko poza zakres neapolitańskiego dialektu.




I takich uczuć życzę na MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ TEATRU.