czwartek, 23 marca 2017

Kamila Straszyńska - Z perłą

To nie są historie narodów, ani spektakularne sceny akcji. To zazwyczaj małe obrazki, mikroświaty jak u Vermeera. Na tym polega mistrzostwo Iwaszkiewicza. Wprawna ręka pisarza nie potrzebuje wiele, by oddać esencję. Iwaszkiewicz swoim piórem rysuje delikatne kształty, swoje „Mleczarki” ukazuje w krótkich, ale dojmujących historiach. Podglądamy je przez małe okienka – na tyle małe, że nie możemy zobaczyć całego dużego pokoju, ale o tak przejrzystych szybach, że dostrzegamy kryjącą się za postacią głębię.

Iwaszkiewiczowskie tematy wydają się niedzisiejsze. Anachronizm wynika nie tylko z mocnego osadzenia tekstów w epoce, ale także z bardzo rozległego wykształcenia Iwaszkiewicza, które dziś pozostaje w sferze poza zasięgiem przeciętnego czytelnika. Odniesienia do ówczesnej literatury, inspiracja muzyką Szymanowskiego (i samym Szymanowskim), ale i mentalność Polaków urodzonych w sercu Ukrainy – to punkty odniesienia zbyt odległe, zbyt mało oczywiste. Nie sięgamy do nich, nie zagłębiamy się we wrażliwość ludzi dwudziestolecia międzywojennego i ocalałych po wojnie. Czytamy przez siebie. I odrzucamy Iwaszkiewicza i jemu podobnych. Bo to nie nasze.

A może jednak nasze? Tylko trzeba spojrzeć dalej… Bo veermerowska dziewczyna co ma w uchu perłę, to mogłaby być taka tam kolejna. A nie jest, kryje w sobie tajemnicę. W literaturze, która z naszej perspektywy należy już do zamierzchłych czasów, też warto jej poszukać.

Iwaszkiewicz jest mistrzem małej formy. Krótkie, proste historie mają za sobą wielkie zaplecze, które udaje nam się uchwycić w malutkich gestach, reakcjach, słowach. Dramaty bohaterów powstają, rozwijają się i kończą tak jak w naszym życiu – prawie niezauważalnie. Nie przygotowujemy się przez lata, żeby coś przeżyć. Miłość, rozpacz, nadzieja i nienawiść przychodzą do nas nagle. I w mgnieniu oka znikają. Pozostają w nieuchwytnej sferze niepewności i domysłów. Czy ja na pewno go/ją kocham? Czy zasługuje na nienawiść? Analiza własnych emocji pochłaniają nas często mocniej niż same wydarzenia, a to popycha nas do decyzji (lub jej świadomego odwlekania). Tak działają bohaterowie iwaszkiewiczowscy. Wewnętrzni, zamknięci, niespełnieni. Rozbici między romantyzmem i pragmatyzmem, marzeniem a rzeczywistością, przeszłością i pędzącym dzisiaj.


Pragną, tęsknią, gubią się niezależnie od miejsca i czasu. Czy są naznaczeni traumą wojny czy porażki powstania styczniowego – nieważne. Czy mieszkają w stolicy czy w małej mieścinie – nieważne. Wszyscy są do nas podobni, polskie powietrze wciąż pachnie tak samo, polski duch mierzy się z tymi samymi obciążeniami. Właśnie polskie, nie inne. Iwaszkiewicz stwarza w swoich tekstach uniwersalnego bohatera o wrażliwości znad Wisły. Bohatera, który intensywnie przeżywa świat i nosi w sobie ciężar walki o tożsamość – swoją własną, indywidualną, albo narodową, określoną wartościami, krążącymi wokół głowy jak rój pszczół. Postaci rozgrywają w sobie wielkie konflikty, które Iwaszkiewicz potrafi oddać z wielką subtelnością. Co więcej, te problemy są tym bardziej interesujące, że bohaterowie za nic nie chcą nam zdradzić swojej tajemnicy. Jeśli ich nie dociśniemy, to pozostaniemy na poziomie banalnych zapisków. Sprytna strategia wymagająca uważnego przeciwnika.


Czy warto odbywać tę podróż, która wymaga więcej wysiłku niż łatwy i przyjemny kryminalik czy romansik? Hm… A czy warto patrzeć głębiej w oczy Dziewczynie z perłą? 



wtorek, 7 marca 2017

Anna Kozłowska - Rola żeńska, czyli 12 wspaniałych + 9

Kino od swoich początków było męską sprawą. To w większości mężczyźni decydowali o tym, co, gdzie, z kim i za ile nakręcić. I choć imponujące początki fabryki snów kojarzą się z postaciami Grety Garbo, Poli Negri i Marleny Dietrich to jednak znacznie więcej było aktorów i ról męskich. I to oni do dziś zarabiają więcej od swoich koleżanek z planu. Nie zmieniły tego w historii Marilyn Monroe, Elizabeth Taylor, Audrey Hepburn, ani też współczesne gwiazdy, ani Meryl Streep ani Angelina Jolie. Aktorki wciąż zarabiają mniej i wciąż bywają zmysłowymi kociakami z męskich fantazji lub banalną ozdobą ekranu.  Ale od czasu „Thelmy i Louise” coraz więcej mocnych, dobrze skrojonych postaci trafia do aktorek. Również w polskim kinie. Na okoliczność Międzynarodowego Dnia Kobiet przypominamy wybitne role w polskim filmie wybitnie zagrane przez wybitne aktorki. O wybitności zdecydował zarówno materiał literacki, jak i spotkanie na planie czujnego reżysera z zespołem odważnych aktorów. W takich okolicznościach te najważniejsze kobiece role miały szansę w pełni rozkwitnąć. A są to postaci pełnokrwiste, z trudnymi życiorysami, na życiowych zakrętach, często też pokiereszowane po poprzednich wirażach. Są też takie, które już na poczatku dostają życiowe bęcki i trudno im się pozbierać. Emocjonalnie rozdarte, rozszarpane. I rzadko wygrywają. A wszystkie te role zagrane na wielu nutach, jednocześnie brawurowo i subtelnie. Tak dotkliwie, że wrażliwemu widzowi po obejrzeniu filmu, trudno się od nich uwolnić.

„wspaniała dwunastka”

czyli 12 wybitnych ról kobiecych w bardzo dobrych polskich filmach, w kolejności chronologicznej


Barbara Krafftówna – Jak być kochaną, reż. Wojciech Jerzy Hass, 1962


Stanisława Celińska – Krajobraz po bitwie, reż. Andrzej Wajda, 1970

Jadwiga Jankowska-Cieślak – Trzeba zabić tę miłość, reż. Janusz Morgenstern, 1972


Jadwiga Barańska - Noce i dnie, reż. Jerzy Antczak, 1975

Maria Chwalibóg – Kobieta samotna, reż. Agnieszka Holland, 1981



Krystyna Janda – Przesłuchanie, reż. Ryszard Bugajski, 1982

Magda Teresa Wójcik -  Matka Królów, reż. Janusz Zaorski, 1982



Anna Dymna – Tylko strach, reż. Barbara Sass-Zdort, 1993

Jowita Budnik – Plac Zbawiciela, reż. Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze, 2006

Danuta Szaflarska – Pora umierać, reż. Dorota Kędzierzawska, 2007

Agata Kulesza – Róża, reż. Wojciech Smarzowski, 2012

Aleksandra Konieczna – Ostatnia rodzina, reż. Jan. P. Matuszyński, 2016

„gra zespołowa”
czyli dwa wybitne filmy ze znakomitą obsadą, trudno wyróżnić jedną i choć każda ma solówkę to jednak górę bierze mistrzowskie wykonanie koncertu

Stanisława Celińska, Maja Komorowska, Anna Seniuk, Krystyna Zachwatowicz - Panny z Wilka, reż. Andrzej Wajda, 1979





Agata Buzek, Krystyna Janda, Anna Polony - Rewers, reż. Borys Lankosz, 2009

„rewelacyjne wejście”
czyli odkrycie młodych utalentowanych aktorek w mocnych, wymagających rolach (krew, pot i łzy z pewnością nie tylko przed kamerą!)
Zofia Wichłacz – Miasto 44, reż. Jan Komasa, 2014
Michalina Łabacz – Wołyń, reż. Wojciech Smarzowski, 2016





piątek, 6 stycznia 2017

Anna Kozłowska - Przeczytane 2016

najlepsze przeczytane w 2016 roku - kolejność przypadkowa



Beata Guczalska – Trela
Choć to książka raczej dla teatromanów to jednak w zalewie książek o celebrytach/znanych ludziach/aktorach zasługuje na szczególną uwagę. Zarówno z powodu jej bohatera jak i sposobu napisania. Trela wybitnym aktorem jest i nic nikomu nie musi udowadniać. Ale jest także osobowością teatru i chodzącą legendą złotej ery krakowskiego Starego Teatru. A Beata Guczalska doskonale to udokumentowała i świetnie napisała dobrą książkę o aktorstwie.




Elizabeth Strout – Mam na imię Lucy

Pięknie napisana powieść o życiu. O kruchej i jednocześnie niezwykle silnej więzi córki z matką. O frustracjach i upokorzeniach z czasów dzieciństwa i dojrzewania, które mogą być przyczyną kolejnych klęsk lub impulsem do zmiany i poszukiwania lepszego życia. Inspirujące. 

Utalentowana autorka, za poprzednią powieść Olive Kitteridge otrzymała nagrodę Pulitzera, a HBO na jej podstawie nakręciło serial.  




Witold Szabłowski – Sprawiedliwi zdrajcy
Jedna z najważniejszych książek reportażowych jakie przeczytałam. Mądra, wyważona, gęsta od prawdziwych emocji. W lawinie tragicznych zdarzeń pozwala zauważyć człowieczeństwo. I mimo upiornych zdarzeń daje jednak odrobinę nadziei, że zawsze można zachować się przyzwoicie. Budujące.




Szczepan Twardoch – Król
Jest dokładnie tak jak w zapowiedzi wydawnictwa, cytuję: „Warszawa. Burzliwe lata trzydzieste XX wieku. Wielokulturowy, podzielony świat u progu drugiej wojny światowej, targany konfliktami narodowymi, politycznymi, społecznymi - w całej złożoności, pokazany nieraz drastycznie, ostro, szokująco. Zwroty akcji, romanse, gwałty, ćwiartowanie ciał, szantaże, przewroty polityczne - tu zaciera się granica między życiem codziennym, polityką, a gangsterką.” 
Dodam tylko, że świetnie się czyta.



Magdalena Grzebałkowska – 1945. Wojna i pokój
Zdawać by się mogło, że koniec wojny to powszechny stan błogości. Tymczasem Magdalena Grzebałkowska (pracowita i utalentowana) przeprowadza nas przez 12 miesięcy 45 roku dotkliwie obrazując jak próbowano poradzić sobie w skomplikowanym czasie, gdy już nie było wojny, a jeszcze nie było pokoju. Doskonała książka – warta wszelkich zdobytych i niezdobytych nagród i wyróżnień!




Bronka Nowicka – Nakarmić kamień
Dziękuję jury Nagrody Literackiej Nike za werdykt, dzięki któremu odkryłam tę drobną książeczkę, która wypełniła mi myśli i zmysły na wiele dni. Mini opowiadania/ proza poetycka/ wiersze? Nie ma sensu tego definiować, warto spróbować zagłębić się z opisywanym świecie. Zdecydowanie książka, która najbardziej  mnie „nakarmiła” w tym roku.




Anna Dziewit- Meller – Góra Tajget
Powieść o lęku. Tamtym sprzed lat i całkiem współczesnym, tak jakby odziedziczonym. Opowiada o Śląsku i o nazistowskiej akcji T4 wymierzonej w chorych, niepełnosprawnych, w tym również w dzieci. Trafiły do szpitala psychiatrycznego i nigdy z niego nie wróciły. Temat tak mocny, że trudno o tej książce zapomnieć.




Monika Sznajderman - Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna
Mądre spojrzenie wstecz na losy rodziny. Autorka opisuje swoich przodków, ich dokonania i życiowe wybory, te najtrudniejsze z czasów wojny. I co najważniejsze nie ocenia poglądów, nie kwalifikuje czynów. Przygląda się zdarzeniom, przedstawia okoliczności. Czy zrozumiemy ich motywacje? Dobra książka o polskiej pogmatwanej historii. 



Zeruya Shalev - Ból
Przeczytałam z zachwytem wszystkie dotychczas wydane książki tej autorki. Jej najnowsza powieść to znów mistrzowsko uchwycony portret kobiety na życiowym zakręcie, która miota się targana skrajnymi uczuciami. Jak często my sami stojąc przed trudnym wyborem. A opisywany ból bywa fizyczny, psychiczny, emocjonalny, duchowy...
I już czekam na kolejną powieść. 

piątek, 11 listopada 2016

Anna Kozłowska - dobre, bo polskie



11 listopada, czyli Bardzo Patriotyczne Święto Polskości. Jak pokazuje dzisiejsza rzeczywistość różnie okazywanej. Ja postanowiłam patriotycznie uczcić Narodowe Święto Niepodległości wybierając 10 najważniejszych postaci i zdarzeń z polskiej kultury, które mnie kształtowały, zachwycały, inspirowały. Wybór bez zastanowienia – wypisałam i patrząc na rezultat, złapałam się za głowę! A gdzie pastele Wyspiańskiego i scena z maskami z Wyzwolenia”, „Emigranci” Mrożka, „Polowanie na karaluchy” Głowackiego i snująca się słowiańska dusza u Konwickiego? „Grand Valse Brillante” w wykonaniu Ewy Demarczyk, Młynarski, Przybora, Osiecka i wszystkie piosenki z tekstem? Teatr Powszechny za Hubnera i spektakle Grzegorzewskiego? Gdzie Norwid, Baczyński, Ficowski, Różewicz, Gombrowicz? Malczewski, Gierymski, Mehoffer, Komeda, Ciechowski… i kilkadziesiąt innych nazwisk?
Cóż lista jest spontaniczna, ani dogłębnie przemyślana, ani wykalkulowana. Zamiast krytykować, zgadzać się lub nie, zróbcie natychmiast swoją własną. Moja poniżej:
(w kolejności jak na zdjęciu powyżej od lewej w górny rzędzie)

1.      Plakaty polskich grafików – wyobraźnia, kreatywność oraz niezła szczypta dowcipu, czyli cała Polska Szkoła Plakatu z wybitnymi artystami. Na ich pracach wychowały się już pokolenia artystów. A dobry plakat to precyzyjny, mocny cios w oko i umysł nie pomijając emocji. Jak ten na fotografii powyżej: plakat do filmu KABARET autorstwa Wiktora Górki

2.      Portrety spod ręki Witkacego. Zachwycała mnie brawura regulaminu Firmy Portretowej. Zachwycała mnie linia ruchu pastelami, która zahaczała o mroczne sekrety osobowości modela. Zachwycały wszelkie sposoby utrwalania, od wylizanych po te z dowolną interpretacją według intencji firmy. Dawno temu towarzyszył mi autoportret zawieszony w moim nastolęcym pokoju jako wyraz artystycznego buntu – a świdrujące spojrzenie Witkacego przeszywało mnie na wylot ilekroć na nie zerknęłam.

3.      Lalka” Bolesława Prusa jako najważniejsza powieść o Polakach – uroczych marzycielach, sentymentalnych wzdychaczach, dumnych pawiach, upiornych zawistnikach, zadufanych obrażalskich, pieniaczach, ideowcach, cwaniakach, naiwniakach. Oraz oczywiście o małej wielkości i wiecznie urażonych ambicjach…

4.      Antoni Słonimski i Julian Tuwim – „W oparach absurdu”. Cudowny duet znakomitych poetów w wyśmienitej zabawie słowem. Zwłaszcza cykl ogłoszeń drobnych typu: „Bieliznę damską starannie wykończoną mam na sobie”. Z sentymentem wspominam arcyzabawny spektakl na podstawie tych tekstów przygotowany w zakopiańskim Teatrze Witkacego.

5.      Krystyna Janda – kobieta-orkiestra. Tańczy, śpiewa, recytuje i zaraża energią. Wulkan emocji, lawina pomysłów i kaskady śmiechu. I jeszcze trafne uwagi na blogu, i Agnieszka z „Człowieka z marmuru”, którą chciały być niemal wszystkie dziewczyny, i dawno temu „Edukacja Rity” w Ateneum, i obecnie „Danuta W” i „Boska” w Polonii, i zacięcie społecznikowskie. Wszystko w jednej osobie. A można by obdzielić kilka życiorysów. Podoba mi się, jak walczy, żeby świat był chociaż o odrobinę lepszy.

6.      Pianista” Romana Polańskiego. Jedna postać, w której wyświetla się los całego pokolenia zmiażdżonego przez wojenny walec. Film o upokorzeniu człowieka, którego egzystencja sprowadza się do fizjologii zaszczutego stworzenia. Gdy bohaterstwem staje się walka o kolejny oddech. A ponieważ z tymi doświadczeniami łączą się losy samego reżysera łatwiej zrozumieć, że dla ludzi po takich przeżyciach nic już nie mogło być „jak wcześniej”. Zwracam uwagę na genialny plakat powyżej.

7.      Stanisław Dygat – "Jezioro Bodeńskie" oraz wszystkie książki, które napisał. Nic więcej nie powiem. Dla mnie najlepszy.

8.      Kanał” Andrzeja Wajdy oraz wszystkie inne filmy tegoż reżysera, na których uczyłam się polskości nie na klęczkach. Tej niewygodnej, uwierającej, kłopotliwej. I której pozbyć się nie da, bo gdzieś w krwiobiegu tak głęboko, ale dzięki filmom Wajdy nabierała soczystości. I rozkwitała w porywających obrazach i metaforach.

9.      Tadeusz Kantor – „Wielopole, Wielopole”. Teatr pamięci i teatr śmierci, czyli jak opowiadać o tym, co pamiętamy z tego, co minęło. Zaczarowały mnie te spektakle i wciąż w głowie brzmią frazy wielokrotnie powtarzane przez aktorów ze świata pomiędzy żywymi i umarłymi.

10.  Czesław Miłosz. To On był tajnym, wówczas nie do końca uświadomionym, motorem mojego pobytu w Berkeley. Musiałam Go spotkać, musiałam wspiąć się na Grizzly Peak do Jego posiadłości i własnymi oczami przeżyć widzenie nad Zatoką San Francisco. Do dziś do zatrzymania z pędu codzienności wystarczy kilka linijek z któregokolwiek wiersza. I lubię taki stan.


niedziela, 16 października 2016

Kamila Straszyńska - Nikt tak pięknie nie mówił o...



Jesteśmy zaatakowani z bliskiej odległości. Wpatrujemy się w oczy, serca, dusze, pory skóry
i zmarszczki.  Bliskość nigdy nie zostawia nas obojętnych. Zaatakowani wchłaniamy w siebie ogromne pokłady emocji postaci na ekranie i przeżywamy swoje własne historie pod opowiadaną fabułą. Tak prowadzi nas Xavier Dolan przez swoją opowieść, zapewniając nas uspokajająco,
że To tylko koniec świata.
Główny bohater powraca do rodzinnego domu po 12 latach nieobecności. Są setki powodów,
dla których dom się opuszcza i równie dużo, dla których się powraca. Ta sytuacja jest jednak ekstremalna:  niecodziennie ma się do przekazania najbliższym zapowiedź swojego rychłego końca. Delikatnie zarysowując niezwykle wysoką stawkę Dolan chwyta nas za gardło na kilka godzin
i w niezmiennym napięciu opowiada coś znacznie więcej niż można by się spodziewać po rodzinnym dramacie. Ta podróż do domu to podróż w przeszłość. Trudna i wycieńczająca. Co więcej nie dająca nadziei.
Przychodzą chwile, gdy człowiek staje przed ścianą i szukając w niej przejścia, by móc iść dalej, chce zacząć drogę od początku. Potrzebuje wrócić do punktu wyjścia, znaleźć swoja stałą bezpieczną przystań. Poczuć się gdzieś w domu i odpocząć. Ta potrzeba jest tym silniejsza, im dalej człowiek wypłynął. Tylko, że do pewnych portów, raz je opuściwszy, nigdy nie można już zawinąć.
Kto odważył się wyruszyć, jest skazany na tułaczkę.

Rodzina to nie raz zrobione zdjęcie kilku osób, nie można do niej sięgnąć w wolnej chwili i znów być dzieckiem. Nieważne jak mocno by się tego pragnęło. Jak bardzo by się za tym nie tęskniło. Czas zmienia wszystko. A to, co minęło, zdaje się być zamknięte w idealnej piękności pudełkach 
ze strzępkami wspomnień - obrazami, wrażeniami, zapachami. I pozostaje nieuchwytne. Zatem nic dziwnego, że podróże w przeszłość są tak męczące - są w końcu mierzeniem się z teraźniejszością.
Z rzeczywistością do jakiej sami doprowadziliśmy.

U Dolana jest cały ten sentyment i ból, który sentymenty zwykły prowokować. Jest wielka miłość
i nieumiejętność poradzenia sobie z nią. Bo czym jest matczyna albo braterska miłość - jak wypada
ją okazać, a jak się ją rzeczywiście okazuje? Czy może zniknąć przez lata? I wreszcie pytanie: gdzie jest nasz dom? Dolan buduje go w niewidzialnej sferze między ludźmi: w ich oddechach, dotyku
 i spojrzeniach. W ich bólu i przywiązaniu. Atmosfera jest tak gęsta, że można ją pokroić tym samym nożem, co ciasto na cześć wizyty tak niespodziewanego gościa jak rodzony syn i brat.  Tylko czy
w tym zaduchu można wziąć jeszcze ożywczy głęboki oddech czy raczej zadusić się na dobre... ?


Scenariusz To tylko koniec świata powstał na podstawie sztuki teatralnej Jean-Luc'a Legarce'a.


wtorek, 11 października 2016

Anna Kozłowska – Podróż z Wajdą


Wychowałam się na filmach Andrzeja Wajdy. Poprzez filmy uczył mnie wielu ważnych rzeczy. Polskości i patriotyzmu. Mądrego patriotyzmu z wszelkimi wątpliwościami. Rozumienia Historii, a raczej jej miażdżącego wpływu na ludzkie losy. Mówienia o sprawach istotnych. Borykania się z pamięcią. Osobistą i narodową. Przyglądania się człowiekowi w sytuacji osaczenia, stłamszenia, upokorzenia, bo to właśnie w tych ekstremalnych sytuacjach ujawnia się prawdziwy kręgosłup moralny. Uczył odwagi. Również tej artystycznej. Mocnej pointy – i sceny i filmu. Kompozycji obrazu. Twórczego korzystania z arcydzieł malarstwa. Współczesnego czytania literatury. Wrażliwego obrazowania literatury. Oraz tego, że sztuka wynika z nieokiełznanej wyobraźni artysty.
Że jest wybitnym reżyserem wiedziałam od zawsze, bo tak mówiło się w moim rodzinnym domu. Nie wiem, który film i kiedy zobaczyłam jako pierwszy. Ale doskonale pamiętam, który i kiedy obejrzałam z pełną świadomością. W czasach, gdy chodziłam do Ogniska wspólnie z dwójką przyjaciół zobaczyliśmy „Kanał”. To był strzał i w serce i w mózg i we wszystkie zmysły. W 95 minut stałam się wypełnioną heroizmem Polką okrutnie zgwałconą przez Historię. I gotową stanąć do walki o ideały, nawet z tą okrutną wiedzą jak marnie kończą ideowcy.  
„Popiół i diament” odkrył świat metafory filmowego obrazu. Metafor wstrząsających, gęstych od znaczeń, poruszających jak choćby ta z płonącymi kieliszkami. Lub ta gdy w „Kronice wypadków miłosnych” starszy już Tadeusz Konwicki idzie przez las swojej młodości. 
„Niewinni czarodzieje” to gra pudełkiem zapałek (wszyscy zafascynowani filmem osiągnęliśmy wówczas mistrzostwo w podrzutach) oraz portrety trzech kobiety rozpaczliwie walczących o uwagę mężczyzny. Potem „Polowanie na muchy”, czyli wielkie okulary Małgorzaty Braunek, szybki kurs niezależności i pokaz życiowego miotania się. Ekstatyczne „Wesele”, brawurowa „Ziemia obiecana”, moralny niepokój „Bez znieczulenia”, iskrzący pomysłami „Piłat i inni”. I formujący „Człowiek z marmuru”, bo któż by nie chciał być jak Agnieszka w wykonaniu Krystyny Jandy i z taką zaciętością walczyć i przeciwstawiać się głupiej i ograniczonej władzy. I jeszcze inny aspekt kobiecości, ten w „Pannach z Wilka”, gdzie znakomite aktorki jednym spojrzeniem wygrywają monologi o przegranym życiu. Po obejrzeniu „Krajobrazu po bitwie” zrozumiałam czym jest emocjonalnie spustoszenie ludzi zakażonych wojną. „Korczak” pokazał, by biografii ludzi niezwykłych nie kręcić „na kolanach”. I jeszcze malarski „Pan Tadeusz”, gorączkowy „Człowiek z żelaza” i do bólu polski „Wałęsa”. I wreszcie jeden z najmocniejszych „Wszystko na sprzedaż”, film, który postawił artystom lustro, by musieli się w nim przejrzeć. Z porywającą rolą Elżbiety Czyżewskiej – „niech mnie wszyscy kochają”: https://www.youtube.com/watch?v=up3zBlcuER8
Obejrzałam wszystkie filmy Wajdy, wiele z nich mam w krwiobiegu. I choć nie wszystkie okazały się najważniejsze, to wszystkie stały się częścią mojego życiorysu. I każdy był ważnym spotkaniem (skoro do dziś mogę odtworzyć okoliczności gdzie/kiedy/z kim).
Ostatnie odbyło się 22 września na festiwalu filmowym w Gdyni na specjalnym pokazie „Powidoków”. 90-letni Mistrz z uśmiechem na ustach zapowiadał kolejne filmy. A tymczasem pokazał poruszającą opowieść o artyście degradowanym przez karłowatą władzę. Z genialną metaforą gdy Bogusław Linda jako Władysław Strzemiński walczy o oddech wśród lawiny manekinów. I wyciągnięty palec kiwającej się ręki manekina. Jak wahadło zegara. Ten obraz zostanie jako ostatni.

Taka była moja podróż z Wajdą. Tym, którzy powoli wchodzą w dorosłe życie życzę aby odbyli swoją własną drogę z Jego filmami. Lub, żeby znaleźli takiego reżysera, któremu będą zawdzięczać tak wiele, jak ja Andrzejowi Wajdzie.  

czwartek, 23 czerwca 2016

Kamila Straszyńska - (I)granie z samym sobą, czyli clownerie


Stoisz przed grupą ludzi. Nawet jeśli są to twoi przyjaciele, teraz są zupełnie obcy. Wszystkie wasze wspólne przeżycia nie mają w tej chwili żadnego znaczenia. Ich surowe twarze napawają cię niepewnością.  Zastanawiasz się jak stąd uciec, jak się wymknąć niezauważenie z tej sytuacji. Jednak możliwość ucieczki nie istnieje, jedyna droga prowadzi przez spojrzenia ludzi siedzących naprzeciw ciebie. Zaczynasz wpadać w panikę, czujesz się strasznie, całkowicie odarty z jakiejkolwiek warstwy ochronnej. Nagi psychicznie. Bezsilność i uczucie zażenowania pochłaniają całą twoją uwagę do tego stopnia, że nie panujesz już w zasadzie ani nad swoimi ruchami, ani nad głosem, ani nawet nad myślami. Wrażenie jakie odnosisz teraz, jest znacznie silniejsze, niż w jakiejkolwiek innej sytuacji tego typu, która kiedykolwiek ci się przytrafiła.

To nie jest opis strasznego snu albo jakiegoś demonicznego rytuału.  Tak się czuje człowiek, który musi wykonać zdawałoby się proste ćwiczenie teatralne - wyjść przed grupę i ją... rozśmieszyć. Wszystko opiera się na improwizacji, ale zanim wyjdziesz na scenę, musisz mieć przecież w głowie jakiś pomysł, który przychodzi ci na szybko. Wychodzisz zatem pewnie przed kolegów, wykonujesz swój spektakularny (mniej lub bardziej) numer i czekasz na falę śmiechu, która - niestety - nie nadchodzi. Ta cisza wali cię obuchem w łeb. Tracisz z przerażenia przytomność na ułamek sekundy, ale wracasz do żywych, żeby jakoś się z tego impasu wyratować. I próbując poprawić sytuację, zazwyczaj tylko się pogrążasz. Łapiesz się wszystkiego, cytujesz wszystkie żarty, które poza salą zawsze wywołują salwy śmiechu wśród tych samych ludzi, którzy teraz na ciebie patrzą. Nikt się nie śmieje. W głowie pojawia się niepewność: to ci sami ludzie czy te żarty po prostu nigdy nie są śmieszne? Poddajesz w wątpliwość każde zdanie jakie do tej pory wypowiedziałeś w życiu, aż dochodzisz do pierwszych słów, których uczyli cię rodzice i nawet ta sytuacja wydaje ci się żenująca. Jesteś zanurzony w poczuciu żenady po sam czubek głowy. To, że jeszcze się w nim nie utopiłeś, to tylko kwestia czasu. W końcu w wyniku jakiejkolwiek absurdalnej czynności, którą wykonujesz w czasie, gdy wewnętrznie rozpadasz się na kawałki, komuś - przez litość - przemknie przez usta cień uśmiechu. Nareszcie jesteś wolny. Wracasz na swoje miejsce z lekko trzęsącymi się nogami, a twoja osobowość powoli zaczyna łapać powietrze po całym tym zabójczym seansie.



Z tego uczucia rodzi się klaun.  Kiedy znajdujesz się na dnie oceanu żenady i załamania swoją kondycją ludzką - wtedy jesteś na początku poszukiwania tego wewnętrznego alter ego, które wyprowadzi cię z tej sytuacji zwycięsko. Klaun sam stawia przed sobą największe możliwe przeszkody, aby na koniec odnieść triumf. Podskakuje do lecącego tortu, idzie na potańcówkę ze złamaną nogą, wychodzi bez parasola w sam środek burzy. I w każdej z tych sytuacji, w których wydaje się być na przegranej pozycji, klaun ostatecznie jest zwycięzcą pokonującym z mniej lub bardziej przekonującym skutkiem swoje ograniczenia.


Klaun to ty. To nie postać, którą można odegrać. To igranie z samym sobą i ze swoim poczuciem porażki. Nie można się od tego zdystansować jak od roli komicznego nieudacznika. Trzeba stanąć twarzą w twarz z obrazem samego siebie, z wizją, którą kreujemy dla innych lub dla swojego ego i roztrzaskać ją na kawałki. Jest się wtedy pozbawionym wszelkich warstw ochronnych, ale też wszelkich ograniczeń. Nic nie jest zabronione dla wewnętrznego dziecka, które uruchamia się, gdy jesteśmy w teatrze.  I nic nie jest narzucone.  Poszukiwanie ukrytego w nas klauna, to swoista droga do wyzwolenia. Droga usiana przeszkodami, które sami przed sobą stawiamy. Wygrywając każdą z walk ze swoim poczuciem zażenowania dochodzimy do punktu, w którym te przeszkody wydają się pozbawione sensu. Nic już nie jest w stanie nas pokonać na poziomie małych, codziennych przykrości, które potrafią uczynić z nas idiotów. Wtedy przechodzi się na trudniejszy grunt, w którym można zakwestionować nawet sens istnienia. Czyż ludzkie życie w swojej ulotności i zniewoleniu nie wydaje się czasem śmieszne? Czy jest coś śmieszniejszego od małego człowieczka, który bije się z losem, pokonuje tysiące przeciwności, by na koniec po prostu przestać istnieć? Klaun - egzystencjalista igra ze sobą i potencjalnym widzem na cienkiej granicy między komedią a tragedią.  I jak często także w realnym życiu śmiejemy się przez łzy? To czysta esencja istnienia - intensywne wymieszanie porażek i zwycięstw,  smutku i radości, łez i wybuchów śmiechu. Przekonujemy się o tym patrząc na wielkich klaunów jakimi byli Buster Keaton czy Charlie Chaplin, ale warto też czasem przekonać się na własnej skórze, by doznać tego wyzwalającego olśnienia i spróbować zawalczyć o obalenie wewnętrznych (najczęściej absurdalnych) barier.