Bez jedzenia
można wytrzymać nawet miesiąc. Bez wody kilka dni. A ile jesteśmy w stanie
przeżyć bez powietrza? I co będzie jeśli pewnego dnia uświadomimy sobie, że
dusiliśmy się całe życie? Taki przypadek stał się tematem przewodnim filmu
Iwana Wyrypajewa, zatytułowanym 'Tlen'.
Jest wiele
powodów, dla których można nazwać 'Tlen' ciekawym. Na pewno na pierwszy plan
wysuwa się konwencja. Na początku na ekranie pojawia się spis piosenek, jak
gdyby okładka płyty, która uprzedza nas, co usłyszymy. I rzeczywiście, jedna po
drugiej, następują kolejne części filmu, zbudowane jak teledyski, którym
towarzyszy narracja prowadzona w rytmie hip-hopu. Tak szczegółowo zagłębiam się
w formę, ponieważ to właśnie dzięki niej film staje się tak silnie współczesny.
Aktorzy grający bohaterów historii są jednocześnie narratorami kompozycji.
Można to zinterpretować, jako informację, że osoby biorące udział w
opowiedzianych wydarzeniach są przypadkowe i historia dotyczy tak naprawdę
każdego.
Sam reżyser
zaznacza, że oglądając 'Tlen' należy skupić się na obrazie i muzyce, nie
zastanawiać się nad tekstem i odbiór nastawić na emocje. Tym bardziej nie będę
opisywać fabuły, zwłaszcza, że dosyć trudno jest ją wyśledzić. Mogę postarać
się sformułować refleksję na temat tego, co odnalazłam w tej opowieści.Dla mnie film mówił przede wszystkim o ludziach pragnących powietrza. W tym wypadku, jako przykład, pojawił się chłopak z małego miasteczka - Sańka (Aleksey Filimonov), który dusi się w swoim nudnym istnieniu, ze swoją prostą żoną i szarą codziennością. Odkrywa, że nie ma czym oddychać dopiero w momencie gdy odnajduje Tlen w rudowłosej dziewczynie - Saszy (Karolina Gruszka), która przyjechała z wielkiego miasta. Tlen, gdy go raz zaczerpniemy, staje się nam niezbędny do życia. Jest wiatrem wolności, ulgą dla znużonych rutyną płuc. Czy to nie brzmi znajomo? To przecież nie musi być wieś i żona. To mogą być nadopiekuńczy rodzice, którzy nie pozwalają zaczerpnąć powietrza aż do pierwszego samodzielnego wypadu z przyjaciółmi. To może być dusząca zależność finansowa, którą kończy głęboki oddech pierwszej własnej wypłaty. Czy szkodliwa dla płuc praca, którą pewnego dnia rzuca się i zakłada kapelę, żeby móc odetchnąć pełną piersią. Przykłady można by mnożyć bez liku.
Jednakże dzikie pragnienie wolności nie jest wcale czymś wyłącznie dobrym. Tlenu bohaterowie szukają w zabawie, w narkotykach, w odejściu od wszystkich norm społecznych, co w efekcie kończy się dla nich fatalnie. I znowu, na przykładach z naszego życia, wiem, że namiętność może pociągnąć nas w miejsce, w które wcale nie chcielibyśmy dotrzeć.
W każdą kompozycję wpleciony jest cytat z Biblii. Początkowo miałam wrażenie, że ma to wydźwięk antyreligijny. W środku filmu, że raczej proreligijny. Dopiero pod koniec zrozumiałam, jak bardzo jest to neutralne w swojej wymowie. Wyrypajew pokazuje, co strasznego człowiek może zrobić z Bożym Słowem, nie atakując istoty Boga. Nie poddaje w wątpliwość jego istnienia, ani nie opowiada się z tym, że On jest. Oczywiście nikomu nie zamierzam narzucać interpretacji, ale w moim odczuciu, przytoczone fragmenty są pewnym odzwierciedleniem poszukiwań tlenu. Fanatyzm i zła interpretacja może spowodować tyle samo zła, co odrzucanie zasad moralnych i duszenie się w poszukiwaniu sensu istnienia. W czasach wiecznej wojny sacrum i profanum uważam zachowanie neutralności za wyjątkowe osiągnięcie.
Jaki wniosek ja wysnułam z filmu? (A najpiękniejsze w nim jest to, że prawie każdy wynosi co innego.) W pewnym momencie filmu jeden narrator pyta drugiego, co dla niego liczy się najbardziej. Pada odpowiedź: sumienie. Myślę, że Wyrypajew przestrzega swoją wypowiedzią. Pilnuj tego, żeby nie tracić oddechu, unikaj hiperwentylacji. Bo najważniejsze jest sumienie.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz