"Ulubiony
zespół?" Takie pytanie najczęściej nie ma jedynej, stałej odpowiedzi - w
końcu tyle jest zespołów, które cenimy. Za oryginalne teksty, za nieoczywistą
melodię, a czasami po prostu za doskonały bit. Muzyka jest naturalną ścieżką
dźwiękową dla naszego życia, ale szczególnie poświęcamy jej uwagę w czasie
koncertów na żywo - udzielają nam się emocje muzyków, pod stopami czujemy
drżenie podłogi od głośników, zachwycamy się rozmachem wielkiego show (lub przeciwnie
- minimalizmem, który także potrafi silnie oddziaływać). A gdy wszyscy na koniec zaczynają śpiewać refren największego
hitu - zbiera się na szloch, bo do takiego poziomu doprowadza nas (zakrawające
na patetyzm) poczucie wspólnoty między artystą i słuchaczami. Wszystko odbywa
się zgodnie ze słowami E.Y. Harburga: Słowa
budzą myśli, muzyka rodzi emocje, a kiedy słuchasz pieśni – zaczynasz swoje
myśli odczuwać. Ten model
przeżywania muzyki, który nazywam roboczo ekstrawertycznym, jest wybierany przez
większą część melomanów, fanów muzyki przede wszystkim rozrywkowej. Ale można
też inaczej.
Z
greckiego, słowo filharmonia to umiłowanie współdziałania.
I to właśnie we współdziałaniu, współ-graniu, kryje się siła muzyki - jej moc
poruszania emocji poprzez idealne dopasowanie poszczególnych dźwięków, rytmów,
pauz i akcentów. Patrząc na orkiestrę powinniśmy widzieć w zasadzie jednego
artystę. I obserwować całą jej pracę, jak precyzyjne ruchy pędzlem malarza albo
dopracowaną choreografię. Gdy patrzymy w ten sposób, trudno nie przyznać, że
takie zjednoczenie w tworzeniu jest imponujące. Jednak nie po to idziemy do
filharmonii, by bić brawo, trębaczom, którym udało się zagrać w tym samym
momencie, tę samą nutę. I to na znak dyrygenta - pfff. Siedząc w mniej lub
bardziej wygodnym fotelu na widowni, możemy przeżywać muzykę w zupełnie inny
sposób niż jest to dziś popularne. Wchodząc w harmonię, możemy doznać
współpracy muzyków na takiej samej zasadzie, jak czuje się każdy poszczególny
mięsień w ciele. Poczuć tętno dźwięków.
Z
kolei o szczególnych walorach muzyki klasycznej decyduje zawarta w niej
delikatność. Nawet w forte fortissimo
kryje się wrażliwość, czułość między muzykiem a instrumentem,
instrumentem a dźwiękiem, dźwiękiem a słuchaczem. To wyzwala nasze emocje z
zupełnie innego rejonu głowy. Pozwala
poczuć harmonię w sobie (FEEL HARMONY - takim hasłem promowano Filharmonię
Narodową jakiś czas temu), uspokoić myśli i skupić się tylko na dźwiękach -
przeżywać to introwertycznie. Jest rzeczą oczywistą, że koncert muzyki
rozrywkowej też wzbudza emocje w naszym wnętrzu, ale równocześnie bardziej
sprzyja wykrzyczeniu ich w słowach najmocniejszej piosenki. Tymczasem w
filharmonii wszystko tworzy się, formułuje i zostaje w środku. Warto tego
doświadczyć chociaż raz w życiu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz