A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda…
Bejsbolówka na bakier, luzackie dresiwa, decha. Na polskie filmy „o młodych” chadzałem ostatnimi laty, by “pokręcić sobie bekę” z twórców ewidentnie w materii nieuświadomionych. Nie odmawiałem im zmysłu autoironii, świadom istnienia obrazów traktujących temat całkiem serio. Nieszczególnie garnąłem się jednak do poszukiwań…
Czy mam problem z rodzimym kinem? Ze współczesnym – sentyment jakże bezpieczny, bo zdaje się i powszechny. Omija zgrabnie twórców okrytych legendą, zaś przed oczami stawia co najgorsze: uwłaczające inteligencji komedyjki romantyczne czy aspirujące do amerykańskości filmy klasy z. Zgodzimy się jednak, że wyżej wymienionych nie sposób uznać za zbiór przekrojowy. Współczesność ponadto jest terminem elastycznym. Granicę można przesuwać wedle własnego gustu, a wszelkie wyjątki potwierdzają tylko regułę – wszak są kroplą w morzu nadprodukowanych corocznie obrazów. Spróbowałby kto zaoponować… Tak sobie o polskim kinie myślałem, niestrapiony grzechem swej ignorancji. Tegoroczna wizyta na gdyńskim festiwalu skłoniła mnie do rachunku sumienia.
„Fluidy” Marii Wider to opowieść subtelna i czuła. Nieśpieszna, lecz naładowana dramaturgicznie. Rodzeństwo – wchodząca w dorosłość Nina i nieco młodsze, niebinarne Miki – zderza się z gamą życiowych szarości na tle skąpanych w słońcu Mazur. Reżyserka z lekkością oddaje inicjatywę bohaterom, pozwala im popełniać błędy, buntować przeciw zastanemu, w końcu dochodzić do wniosków, zdaje się całkiem niewymuszonych – pozbawionych ciężaru komentarza odautorskiego. Oto film o młodych, dla młodych, pod którym mogę się podpisać, a pewnie umknąłby mi, gdyby nie… rodzimy festiwal poświęcony kinu współczesnemu.
Łatwo zatrzymać się na najgłośniejszym, także poddając krytyce. Warto przeszukiwać peryferie sfery kulturalnego komfortu, a może przyjdzie nam zakwestionować utarte sentymenty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz