Odkąd zaczęłam studia "Sztuka pisania" zmuszona jestem poniekąd do częstego przyznawania się do pokładów swojej wrażliwości - „Skąd taka decyzja?” „Dlaczego kierunek artystyczny?” „Tosz to jest hobbistyczne, zupełnie bez przyszłości!” „Co takiego tu Panią przywlokło?”
Otóż wrażliwość codzienna.
Tak sobie skromnie nazywam ten rytuał dnia, ten który wykształcił się już lata temu. Uważność na słowa, co we mnie i wokół mnie. Obserwowanie codziennych sytuacji nie z konieczności, a z ciekawości. Dostrzeganie inspiracji w jej pierwotnym źródle. Do dziś pamiętam moment, w którym się całe to myślenie ugruntowało. Zawdzięczam to zresztą (tak jak parę innych rzeczy) Pani Magdzie Umer.
Stałam na Placu Przymierza, na Osieckowej Saskiej Kępie. Padał deszcz, opierałam się o drzwi do klatki schodowej. Tej pomiędzy szewcem a warzywniakiem. Nie spieszyłam się nigdzie, zwyczajnie czekałam na autobus. To wtedy po raz pierwszy w życiu usłyszałam utwór „Czas rozpalić piec”. Jesienna Warszawa stanęła w miejscu, a ja pojęłam czym jest dostrzeganie. Przyrzekłam sobie, że będę doceniać chwile nawet wtedy, gdy brutalna rzeczywistość pozbawi mnie wszystkich zmysłów. Ja będę tę czułość nagłaśniać. Pielęgnować. Ja będę o niej pamiętać. Nie pozwolę tej cząstce przepięknej polskiej kultury umrzeć, dopóki nie umrę ja. Tak zaczęło się pochłanianie wywiadów, znajdowanie połączeń i podobieństw. Umer to Osiecka, Osiecka to Przybora, Przybora to Umer, Umer to Janda, Janda to Łapicki, Łapicki to Zuzanna Łapicka, Zuzanna Łapicka to Olbrychski, Olbrychski to Umer. Otworzyło się przede mną jedno wielkie zakochanie. A ja przesiąkłam tym jak tylko mogłam.
I pamiętam o tym wszystkim szczególnie dziś. Bo po prostu dzień jest dziś szczególny - dziewiątego października urodziła się zarówno Agnieszka Osiecka, jak i Magda Umer. Dwie przyjaciółki, przepiękne i przemądre kobiety, o których pamięć powoli zaczyna się zacierać. Powoli, ale zaczyna. A jest to dla młodego pokolenia tragedia.
Osiecka poza piosenkami była też kobietą filmu, przez jej ręce przeszły tysiące napisanych listów, a i jej pamiętniki pełne są sarkastycznej iskry i bolesnego przeżywania. Umer, jako niedoszła nauczycielka polskiego, nosiła w sobie ogrom delikatności, ciszy i poszukiwania niebanalności, czułości i prostoty zarazem. Łączyła je przyjaźń niewyobrażalnie piękna, bez której niepotrafiły się o sobie wypowiadać.
Jeśli czujecie „nadwyraz”, jeśli tworzycie lub doceniacie - zrozumiecie. Jeśli jeszcze nie - one Was tego nauczą.
Tęsknię przeogromnie, a spotkałam jedynie jedną z nich.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz